Dziękujemy Mrs. K.!

 


 

 

Sześć lat temu, niedługo po poświęceniu kościoła przyjechała do Atyrau Pani Wilhelmina Kuttchrutter nazywana przez wszystkich Mrs. K. W ciągu ponad pięciu lat lekcje języka angielskiego i inne zajęcia przez nią prowadzone stały się wizytówką naszej atyrauskiej parafii. Nic dziwnego - w ciągu tego okresu przewinęło się przez sale lekcyjne blisko tysiąc uczniów w różnym wieku, od pierwszoklasistów do czterdziesto- i pięćdziesięciolatków. Niestety, na wiosnę tego roku Mrs. K. ze względów zdrowotnych musiała wyjechać do Kanady. Mamy nadzieję, że może jeszcze do nas na krótko kiedyś zawita. Nie będzie jednak mogła, tak jak wcześnie,j od rana do wieczora poświęcać czas swoim uczniom. Poprosiliśmy Mrs. K., aby napisała trochę o swoim życiu, by ocalić od zapomnienia jej pełną pasji i poświęcenia działalność w Atyrau.

 

Dzieciństwo i młodość w Holandii

 

Urodziłam się 20 listopada 1937 roku w Hertogenbosch w Holandii, jako piąte z szóstki dzieci Jana i Anny Burg. W chwili mojego poczęcia wszystkie były w wielu poniżej pięciu lat.

 

W 1942 roku moja rodzina przeniosła się do dzielnicy żydowskiej w Amsterdamie. W 1943 roku moi rodzice dawali schronienie dzieciom żydowskim i współpracowali z podziemiem. W konsekwencji mój tata został zesłany do niemieckiego obozu pracy. Dzięki Bogu udało mu się uciec w czasie transportu, ale odtąd musiał się ukrywać aż do końca wojny. W latach 1943 - 1945 rodzice wysyłali mnie do obcych ludzi na wieś na sześć tygodni lub dłużej, ze względu na panujący w mieście głód. Pozostałe rodzeństwo wysyłali po dwa razy; czworo z nich nawet na pół roku, bez możliwości otrzymania w międzyczasie jakichkolwiek informacji o ich bezpieczeństwie.

 

Rodzice wychowali mnie w wierze katolickiej. W latach 1943 – 1950 uczęszczałam do Katolickiej Szkoły Podstawowej, a następnie do Katolickiego Liceum. Po jego ukończeniu w 1954 roku podjęłam naukę w świeckim kolegium nauczycielskim w trybie wieczorowym, rano pracowałam, zaś popołudniu odbywałam praktyki pedagogiczne.

 

Pamiętam, że jako dziesięciolatka chciałam zostać nauczycielem niewidomych, lub świecką misjonarką uczącą sieroty gdzieś w Azji.

 

W wieku 19 lat - we wrześniu 1956 roku - razem z rodzicami i rodzeństwem wyemigrowałam do Kanady, w kierunku przeciwnym do tego, który wytyczyły moje dziecięce marzenia. Przybywając na stację kolejową w Oshawie w stanie Ontario 1 października tego roku, spotkałam starszego ode mnie o 15 lat Tona Kuttchrutter; jak się okazało - mojego przyszłego męża.

 

Małżeństwo w Kanadzie

 

W pierwszym roku pobytu w nowym kraju, podejmowałam dorywcze prace, żeby pomóc rodzicom w utrzymaniu. 9 listopada 1957 roku wyszłam za mąż za Tona. Przez ponad dwa lata pozostawaliśmy jednak bezdzietni, aż do czasu, kiedy adoptowaliśmy pięcioro dzieci w różnym wieku.

 

Pierwsza była dwuletnia Marie-Louise (Mary-Lou), chińsko – francusko – kanadyjskiego pochodzenia. Dołączyła do nas w lutym 1960 roku. Wiosną następnego roku adoptowaliśmy zaledwie czterotygodniowego synka francuskojęzycznych Kanadyjczyków – Timothy’ego (Tima). Już w grudniu tego samego roku udało nam się przyjąć do naszej rodziny półtorarocznego Richarda (Ricka), w którego żyłach płynęła indiańska krew. Półtora roku później nasza rodzina powiększyła się o trzymiesięczną Clementine (Kimmy), o indiańsko – irlandzkich korzeniach. Na nasze piąte, najmłodsze dziecko czekaliśmy kolejne dwa lata, do sierpnia 1965 roku. Ośmiomiesięczna Margaret-Mary (Maggie) pochodziła z rodziny indiańsko – angielskiej.

 

Troje dzieci adoptowanych w starszym wieku cierpiało na ciężkie emocjonalne i psychologiczne zaburzenia. Dwoje z nich dodatkowo miało upośledzenia umysłowe i poważne problemy w uczeniu się, zbyt liczne żeby je wymieniać, a ponadto zmagały się z duchowymi zniewoleniami.

 

Jako młoda mama zajmowałam się dziećmi i domem, podczas gdy Ton był jedynym żywicielem rodziny. Ciężar wychowywania dzieci spoczął wyłącznie na moich ramionach. Oddaliwszy się od Boga, kiepsko radziłam sobie z tym zadaniem przez lata. Kiedy nie byłam już w stanie dłużej wytrzymać i w desperacji chciałam rozstać się z życiem, Bóg ocalił mnie i dał dowód swojej miłość do mnie i do mojej rodziny. Powierzyłam Mu wtedy swoje życie, a On zaczął leczyć relacje w mojej rodzinie.

 

Największym moim wyzwaniem byli Rick i Mag, jednak dzięki Bożej interwencji stali się moimi „cudownymi dziećmi”. Pozostała trójka założyła rodziny i dała mnie i Tonowi pięcioro wnuków.

 

25 – letnia przygoda z nauczaniem

 

Kiedy dzieci trochę podrosły, mogłam uzupełnić swoją edukację. W latach 1970-1972 podjęłam naukę w O’Neill Collegiate and Vocational Institute, żeby nostyryfikować moje holenderskie średnie wykształcenie. Przy ukończeniu szkoły otrzymałam stypendium naukowe. W roku 1973, mając już uprawnienia do uczenia języków francuskiego oraz angielskiego w szkole podstawowej (od przedszkola do 8 kl.), zaczęłam 25 - letnią przygodę z nauczaniem. Przez pierwszych 10 lat pracowałam jako nauczycielka języka francuskiego. Przez parę lat uczyłam też języka holenderskiego dzieci imigrantów z Holandii. Przez następne 3 lata uczyłam języka angielskiego, również dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych.

 

Kiedy mój mąż Ton przeszedł na emeryturę, przeprowadziliśmy się na wieś. Było to w maju 1988 roku. Zaczęłam wtedy dojeżdżać do kilku szkół wiejskich jako nauczyciel pomocniczy języka francuskiego i angielskiego we wszystkich klasach. Ostatnie pięć lat pracy spędziłam, ucząc francuskiego i innych przedmiotów w szkole podstawowej, gdzie lekcje prowadzone były w nietypowy sposób. Uczniowie wszystkich klas mieli zajęcia w jednej sali, a prowadzone one były przez dwoje nauczycieli równocześnie.

 

Wdowieństwo i ewangelizacja

 

W 1992 roku u Tona zdiagnozowano późne stadium raka, którego z Bożą łaską nieoczekiwanie pokonał. Uległ chorobie dopiero 6 lat później. Po 40 latach małżeństwa Ton odszedł w marcu 1998 roku.

 

Jako wdowa, wolna od obowiązków związanych z rodziną, mogłam wówczas całkowicie oddać się do dyspozycji Bogu. W 1999 roku odpowiadając na prośbę Renewal Ministries[1], wyjechałam jako wolontariuszka do Esztergom na Węgrzech, żeby przez rok uczyć języka angielskiego w szkole średniej. Będąc tam, angażowałam się w ewangelizacje prowadzone przez tę organizację na Słowacji i na Węgrzech. Od tamtej pory ewangelizowaliśmy razem w większości krajów Europy Wschodniej i w Irlandii.

 

Spełnione marzenia

 

Węgry były jednym z czterech krajów, do których Renewal Ministries posyłała nauczycieli języka angielskiego, jednak nie one były moim marzeniem. W sercu pragnęłam pojechać do Kazachstanu, choć nie wiedziałam gdzie się znajduje ani jacy ludzie tam mieszkają. Dwa lata później, w listopadzie 2001 roku, dane mi było w końcu postawić stopę na kazachskiej ziemi. Czułam jednak, że nie Ałmaty - bo tam właśnie przyjechałam – była miejscem, do którego wzywa mnie Bóg.

 

Bóg odpowiada na prośby, tylko nie zawsze od razu. Moje dziecięce marzenie z 1947 roku spełniło się ponad pół wieku później, kiedy w latach 2001 – 2002 uczyłam sieroty w Azji, w Kapchegai, niedaleko Almaty.

 

Problemy zdrowotne opóźniły mój powrót do Kazachstanu po wakacyjnej przerwie aż do listopada 2002 roku. Tym razem na zaproszenie ks. Janusza Kalety, Apostolskiego Administratora w Atyrau, przyjechałam właśnie do tego miasta, na drugi kraniec Kazachstanu i tam już zostałam na pięć i pół roku.

 

Posługa w Atyrau

 

Moim głównym zajęciem było prowadzenie kursów języka angielskiego. Choć zajęcia nie były nigdzie ogłaszane, na każdy trzymiesięczny cykl zgłaszało się o wiele więcej chętnych, niż można było przyjąć. Warunki lokalowe oraz czasowe pozwalały mi na nauczanie „jedynie” ponad 200 uczniów.

 

Prowadziłam zajęcia dla 15 grup, nie większych niż 15 – osobowe w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wychodząc naprzeciw potrzebom uczniów, do których należały zarówno dzieci i młodzież szkolna, ucząca się w systemie dwuzmianowym, jak również studenci dzienni i zaoczni, a także pracujący dorośli, pracowałam od 9 do 21 pięć dni w tygodniu. Materiały do nauczania w większości przygotowywałam sama.

 

Zajęcia odbywały się na pięciu poziomach zaawansowania, a jedynym kryterium przyjmowania do grup była kolejność zgłaszania się chętnych. Wielu uczniom pomogły one polepszyć sytuację zawodową albo podjąć naukę za granicą. Aby zmotywować uczniów do płynnego i wyraźnego mówienia, oraz aby mogli oni wykorzystać w praktyce zdobytą wiedzę, przygotowywaliśmy wspólnie przedstawienia teatralne, które wystawialiśmy także w międzynarodowej szkole w „atyrauskiej wiosce amerykańskiej”.

 

Do moich zadań należało także uczenie religii i przygotowywanie do sakramentów dzieci i młodzieży, należących do angielskojęzycznej części wspólnoty parafialnej. Pomagałam w oprawie muzycznej liturgii w języku angielskim oraz służyłam pomocą językową na próbach chóru angielskiego.

 

Raz w tygodniu prowadziłam zajęcia biblijne po angielsku lub niemiecku,w zależności od tego, kto tłumaczył na język rosyjski. Sama nigdy nie nauczyłam się mówić po rosyjsku, gdyż na to nie starczało godzin w ciągu doby. Dawałam także lekcje szycia, robienia na drutach, szydełkowania oraz haftowania, z których korzystały także siostry zakonne. Raz w tygodniu gotowałam dla sióstr i księży.

 

Wolontariat w Kazachstanie nie zawsze przebiegał gładko. Problemy z wizą w 2007 sprawiły, że musiałam dwa razy stawiać się przed sądem i niewiele brakowało do deportacji. Później spotkały mnie problemy z wyjazdem z Kazachstanu, gdyż służby migracyjne były przekonane, że moja wiza jest nieważna. Przy powrocie z wakacji nie chciano mnie wpuścić, w przekonaniu, że zostałam wcześniej deportowana. Moją wizę unieważniono, jednak po czterech dniach w areszcie i po kolejnych ośmiu w areszcie domowym, zainterweniował konsulat Kanady i zostałam zwolniona.

 

Boże plany

 

Z powodu problemów zdrowotnych musiałam wrócić do Kanady w marcu tego roku. Wydaje się, że Bóg ma swoje plany. W 2007 roku, kiedy miałam problemy wizowe, modliłam się o jeszcze jeden rok w Kazachstanie. I właśnie tyle dostałam. Zwracając się z prośbą do Boga trzeba uważać, o co się prosi!

 

Jeśli wszystko się ułoży, mam nadzieję powrócić w tym roku na krótko do Kazachstanu, po 10-dniowej ewangelizacji w Turcji. Możliwe, że zbyt się przywiązałam do moich uczniów i przyjaciół w Atyrau i Bóg, będąc Bogiem zazdrosnym, musi mi przypomnieć, że On zajmuje pierwsze miejsce. Lecz być może pozwoli mi On przyjeżdżać z grupą Renewal Ministries na krótkie wizyty. Modlę się o to.

 

Nasze parafie w Kazachstanie z pomocą Bożą tworzone są przez konkretnych ludzi. Mrs. K. należy do grona tych, którzy z własnej inicjatywy oddają bez reszty swoją inwencję, umiejętności i talenty na służbę Bogu i ludziom. Przez ponad pięć lat pobytu w Atyrau, mimo jej zaawansowanego już wieku, czasami trudno było nam, dużo młodszym, nadążyć za jej inicjatywami i sprostać wymaganiom.

 

Dziękujemy Mrs. K. za ten czas, za pracę, za przykład wiary i modlitwy.

Bóg zapłać!

 


 

[1] Renewal Ministries - (Służba Odnowy), katolicka organizacja poświęcona odnowie i ewangelizacji w Kościele.