Diakonia misyjna

Przemysław Wieczorek, Z Kazachstanu...



 

2008-11-04

 

Przygodę z Kazachstanem czas zacząć!

 

Привет !

 

No więc dotarłem i ja! Ku mojemu zdziwieniu i radości podróż samolotem przeżyłem (a zaklinałem się kiedyś, że nigdy w życiu nie wsiądę do maszyny, która unosi się nad ziemią wyżej niż kolejka w lunaparku). A tu proszę - niespodzianka - spodobało mi się i aż nie mogę się doczekać powtórki z rozrywki.

 

Generalnie wszystko poszło gładko, oprócz małej wpadki na lotnisku w Atyrau (cóż, po całym dniu podróży, w dodatku o 5 nad ranem, człowiek już zupełnie nie kontaktuje i jakaś mała - aczkolwiek niezwykle ważna jak się okazuje - karteczka, mogła się gdzieś zapodziać), ale lepiej nie opowiadać szczegółów, bo przez chwilę było naprawdę nieciekawie, najważniejsze że w porę zjawił się ksiądz biskup Janusz i sprawę załatwił (a jak to poczynił niech pozostanie naszą słodką tajemnicą).

 

Następny dzień był dla mnie szokiem i swego rodzaju „wstrząsem cywilizacyjnym ”, bowiem Jowita i Justyna zabrały mnie na wycieczką krajoznawczą po Atyrau, które w rzeczywistości wygląda trochę inaczej niż to miasto ze szklanymi domami jakie sobie przyśniłem. Ale nic to. Drzewo na środku asfaltowej drogi zrobiło oczywiście na mnie wrażenie (nie wiem czy podziwiać u miejscowych architektów i inżynierów kreatywność, poczucie humoru czy też miłość do przyrody, pewne jest jednak, jak słusznie zauważyła Justyna, że drzewa widocznie są tutaj cenne), ale nietęgą minę miałem jeszcze bardziej, kiedy zobaczyłem na własne oczy ten ruch na ulicy, o którym już słyszałem tyle od Kasi i Natalii. Zbyt wielu świateł, znaków drogowych, pasów itp. w Atyrau nie uświadczysz. Nie wiem czy mają tu w ogóle jakieś przepisy drogowe, może tylko jeden: „kto pierwszy, ten lepszy”.

Wielki szacun dla tych, którzy przez jezdnię potrafią przejść bez uszczerbku na zdrowiu, tudzież psychice. Przez cały rok w Polsce nie słyszałem tylu klaksonów co tutaj w ciągu jednego dnia. Ale póki co żyję, więc nie ma powodów do narzekania.

 

Dziewczyny zabrały mnie na chwilę do Azji (*), gdzie podziwialiśmy muzułmańską szkołę (która zresztą okazała się być Domem Kultury) i mundurki wracającej do domu młodzieży (choć jeszcze większe wrażenie robią fikuśne kokardy jakie na włosach noszą małe dziewczynki i zuniformizowane czepki sprzedawczyń na bazarze).

 

Nasz rekonesans zwieńczyło przejście przez Plac Zwycięstwa (**) i wizyta w supermarkecie (płaci się tu tengami, naprawdę fajne banknoty, kolorowe, pstrokate, w dodatku produkowane w polskiej mennicy).

 

Atyrau, to na pierwszy rzut oka miasto jak każde inne. Widać, że są dzielnice biedniejsze i te bardziej reprezentatywne. Jak słusznie zauważyły dziewczyny, charakterystyczne są rury z gazem, umieszczane wysoko nad ziemią, tworzące misterne wręcz konstrukcje. Generalnie mam wrażenie, że Atyrau to wielki plac budowy.

 

Wieczorem mogłem uczestniczyć w pierwszej Eucharystii po rosyjsku, z której wprawdzie niewiele zrozumiałem, ale była ona dla mnie ważnym przeżyciem, gdyż zobaczyłem tutaj Żywy Kościół, wprawdzie nieliczny wciąż, a jednak Kościół, który niejedno już przeszedł. Przykuł moją uwagę witraż z wyobrażeniem „babuszek”- kobiet, które w czasach komunizmu, gdy nie było tu kapłanów, przekazywały wiarę, strzegły jej, prowadziły w domach modlitwy i odprowadzały zmarłych na cmentarz. To dzięki takim osobom jak one, przetrwała tu wiara katolicka i mógł się odrodzić Kościół. Z jedną z nich we Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny odwiedziliśmy cmentarz w Atyrau. Jest to cmentarz „zbiorczy”, dla wszystkich religii oprócz islamu. Na wszystkich grobach (ogrodzonych żelaznymi kratami) widnieją portrety. W większości są to groby prawosławnych, więc w tych dniach nie ma takich tłumów jak u nas w Polsce. A już z pewnością nie ma tu pokazów zniczy i konkursów na największą wiązankę. Tym bardziej było to dla mnie dojmujące doświadczenie.

 

We wtorek będę już w Chromtau, więc te kilka dni w Atyrau były mi bardzo potrzebne, trochę już bowiem poznałem tutejszą mentalność i kulturę, a właściwie mieszankę kulturową. Można by powiedzieć, że tutaj dopiero widać cały Kościół, jego powszechność, otwartość i różnorodność! Są tu bowiem Rosjanie, Kazachowie, Polacy, Koreańczycy, Amerykanie, Włosi .... Potrzeba jednak dużo modlitwy za ten Kościół, więc różańce w ręce!

 

Ks. biskup Janusz i ks. Piotr robią tu kawał dobrej roboty, podobnie zresztą jak siostry Elżbietanki no i oczywiście Jowita z Justyną, które właśnie w tym tygodniu zaczynają prowadzić lekcje angielskiego, teraz więc pilnie się do nich przygotowują. Ja natomiast muszę się żegnać z tym miejscem, więc następnym razem napiszę już z Chromtau.

 

Pozdrawiam

 

Przemek

 

*  Ponoć Ural jest granicą między dwoma kontynentami, ale według mnie to tylko ściema (Keine grenzen!)

** Oczywiście chodzi o zwycięstwo z 1945 r., które zakończyło wojnę, trwającą - przynajmniej według projektantów placu - od 1941 r. (sic!)

 

 


Top 

2008-11-04

 

Jeszcze raz o Atyrau

 

Привет !

 

Na wieści z Chromtau musicie niestety poczekać do następnego razu. Teraz bowiem chce opisać żywe wciąż jeszcze we mnie wydarzenia sprzed dwóch tygodni. Otóż w dniach 18-19 XI w Atyrau odbył się przedadwentowy zjazd* wszystkich misjonarzy i wolontariuszy z Administratury Apostolskiej Atyrau. Dotychczas dwa razy w roku na takie spotkanie zjeżdżali sami kapłani, w tym roku po raz pierwszy uczestniczyły w nim też siostry zakonne i świeccy.

 

Zaczęło się we wtorek uroczystym obiadem (który wcześniej przygotowywały nasze dzielne Panie**). Ci, którzy po wielogodzinnej podróży*** nie byli na tyle sprytni, żeby rozsiąść się wygodnie w pokoju gościnnym i odpocząć po trudach podroży, zostali zaprzęgnięci (nie spodziewając się czekających ich udręk) do pracy w kuchni, gdzie czekał ich płacz i zgrzytanie zębów (nie wiem czy komuś rzeczywiście zgrzytały zęby, za to ja naprawdę płakałem, ale jak wspomnę, że to przez cebule to cała narracja straci swoją dramaturgię, przyjmijmy więc wersję pośrednią - to ze wzruszenia).

 

Czas ten był dla nas okazją nie tylko do poznania się (większa część zgromadzonych pracuje w Kazachstanie zaledwie od kilku miesięcy), ale też do wspólnej modlitwy (adoracja, możliwość spowiedzi, Eucharystia), a dla kapłanów także do bezpośredniego podzielenia się trudami swej pracy, radościami oraz trapiącymi ich problemami. Wtorkową kolację zwieńczyły życzenia dla ks. biskupa (obchodzącego kilka dni później imieniny), po których nastąpiło wspólne, mniej lub bardziej miłe dla ucha, wykonywanie pieśni, piosenek, piosnek i przyśpiewek wszelkiej proweniencji (weselnych, góralskich, biesiadnych itd. – ludzie, no czego tam nie było... ). Na szczęście akompaniowała nam cudnie na gitarze s. Filipa. Hitem wieczoru została dedykowana ks. Januszowi (z Chromtau) piosenka o Białym Misiu, wykonana przez nasze Warszawianki i s. Weronikę (ach, jakże rozbudowany był ten układ choreograficzny, że też zdążyły go opanować w 3 dni).

 

Po wieczerzy śmiertelnicy udali się na spoczynek, ale nasze dzielne oazowiczki czuwały na posterunku (czyli w kuchni), coby następnego dnia nie zabrakło nikomu chleba, gruli ... i sałatki jarzynowej. Jeszcze tylko Eucharystia z jutrznią (po polsku !!!), śniadanie, ostatnie rozmowy i pierwsze pożegnania, obiad już w niepełnym składzie i ... powrót do parafii i codziennej pracy. No właśnie. Parę słów o tych parafiach i tych, którzy tam posługują, byście mieli lepszy obraz całej Administratury

 

W Atyrau, gdzie rezyduje ks. bp Janusz Kaleta pracuje ks. Piotr Kluza, siostry Elżbietanki (s. Filipa, s. Zyta, i s. Weronika) no i wolontariuszki z Ruchu Światło-Życie, Jowita i Justyna.

W Uralsku proboszczem jest ks.Jan Trela, któremu od niedawna pomagają Słowacy: wikariusz - ks. Peter Sakmar oraz świeccy wolontariusze - Tomas i Ewa.

 

W Aktjubińsku pracujący kapłani i świeccy należą do Neokatechumenatu. Proboszczem (i najdłużej przebywającym w Zachodnim Kazachstanie kapłanem) jest ks. Tadeusz Smereczyński, który do Atyrau przyjechał sam, choć w parafii ma też wikariusza (ks. Piotr Jabłoniec przebywa na leczeniu w Polsce, prawdopodobnie pogryziony przez tarantulę) a także rodzinę misyjną (Włosi), cztery świeckie misjonarki z Hiszpanii (nauczycielki dzieci z rodzin misyjnych) oraz tzw. wędrownych katechistów (ks. Zbyszek, Maria i Damian przyjeżdżają kilka razy w roku).

W Chromtau jest ks. Janusz Potok i moja skromna osoba.

 

Na samotnym posterunku w Kulsarach jest ks. Cezary Komosiński, Wikariusz Generalny Administratury.

 

W Aktau pracuje ks. Aleksander Kalinouski z Białorusi, którego wspomagają świeccy misjonarze z Neokatechumenatu: Pan Edward, Pani Helena i Pani Bożena, a niedługo prawdopodobnie także rodzina misyjna.

 

„Żniwo wprawdzie wielki, ale robotników mało” ... To spotkanie w Atyrau pokazało mi jak ważna jest modlitwa o nowe powołania do pracy w Zachodnim Kazachstanie. Tu dość często zmieniają się kapłani, a co dopiero wolontariusze. A trzeba pamiętać, że teren Administratury jest dwa razy większy od Polski !!! Potrzebna jest więc w pierwszym rzędzie modlitwa o kapłanów, którzy byliby gotowi przyjechać tu i pełnić posługę na wcale nie łatwym terenie. Ale jest też potrzebna Wasza modlitwa o nowych wolontariuszy z Ruchu Światło-Życie, którzy już teraz zaczęliby się przygotowywać do wyjazdu za rok, by dzieło było kontynuowane. Sam widzę po sobie, jak trudno jest być tutaj bez wcześniejszego przygotowania, chociażby językowego. W końcu potrzebna jest też modlitwa za pracujące tu osoby i za ten Kościół, ciągle jeszcze mam wrażenie, „raczkujący”, rozwijający się, ale o olbrzymim moim zdaniem potencjale.

 

Dla mnie to spotkanie było bardzo ważne i budujące. Przede wszystkim zobaczyłem znowu Żywy Kościół, Powszechny Kościół, w którym kapłani, osoby konsekrowane i świeccy w różnym wieku, z różnych krajów i miejsc, z różnych ruchów czy wspólnot w duchu jedności pracują w tej samej drużynie - Chrystusa Jezusa.

 

W Waszych więc rękach (a może inaczej mówiąc – w Waszych różańcach) w dużej mierze leży los tego Kościoła i tych, którzy tu pracują ...

 

Pozdrawiam i obiecuję, że następnym razem już o Chromtau

 

Przemek

 

* można to nazwać zjazdem bądź spotkaniem rekolekcyjno-integracyjnym

** czyli supersiostry i superwolontariuszki J&J

*** w naszym przypadku prawie całodobowej – najpierw z Chromtau do Aktjubińska, potem 15 godzin pociągiem do Atyrau

 


Top 

2008-12-16

 

Miasto chromu

 

Здравствуйте!

 

Chciałbym Wam opowiedzieć kilka słów o miejscu gdzie przyszło mi posługiwać. Chromtau (ok. 20 tys. mieszkańców) to miasto położone w azjatyckiej części Kazachstanu i oddalone o 100 km od Aktjubińska (miasta wojewódzkiego, którego drużyna piłkarska ma tytuł mistrza Kazachstanu), zaś od Atyrau (gdzie przebywają Jowita z Justyną) jakieś 700 km na północny-wschód. Charakterystyczne jest to, że na tym dystansie mija się zaledwie kilka miejscowości, poza tym jest tu głęboki step, co jakiś kawałek widać tylko wypasające się stada bydła, kóz, owiec a nawet wielbłądów. Na terenie miasta i w jego okolicy znajduje się wiele kopalń odkrywkowych i głębinowych chromu (2 miejsce w świecie pod względem wydobycia) i mimo, że tylko jeden dzień wydobycia w miesiącu pokrywa koszty funkcjonowania wszystkich kopalń i płace pracowników, a 29 dni w miesiącu to czysty zysk, to pieniądze nie są inwestowane w miasto, tylko idą do kieszeni...no właśnie, ciężko określić tę grupę. W każdym razie żyje się tu dość ubogo, miasto jest zaniedbane pod względem infrastruktury.

 

W Chromtau nie zostawia się na noc samochodów przed blokami, no chyba, że komuś znudziło się auto i szybko chce się go pozbyć. Są tu specjalnie wydzielone parkingi, zazwyczaj daleko od domu (choć to też nie daje gwarancji, że rankiem nie będzie trzeba maszerować do pracy na pieszo...). My mamy szczęście i od parkingu mamy tylko 5 min drogi. Ponoć, gdy temperatura spada poniżej 40 stopni to samochody zostawia się w garażach, które najczęściej są na obrzeżach miasta, więc bywają takie paradoksy, że po samochód na parking jeździ się taksówką! Jeśli chodzi o pogodę to śnieg spadł już 6 listopada i utrzymuje się zazwyczaj do kwietnia.

 

Powoli przyzwyczajam się do innego chleba, kazachskiego zwyczaju picia herbaty z mlekiem, bogatej mozaiki sałatek i specyfików koreańskich serwowanych w tutejszym domu handlowym, braku korzenia pietruszki, bułek i do innych różnic, jak choćby sklepów spożywczych otwartych dopiero od 10 czy 11, no i do czterogodzinnej różnicy czasu w stosunku do Polski. Zdecydowanie jednak mogę powiedzieć, że czuć życzliwość mieszkańców i wielką gościnność. Panie w sklepie wprawdzie nadal uśmiechają się, gdy słyszą mój akcent, ale są dość wyrozumiałe.

 

Mieszkam razem z ks. Januszem Potokiem (z diecezji tarnowskiej) na parterze w bloku, ok. 15 min. piechotą od kaplicy parafii św. Rodziny. Ksiądz jest niesamowitym człowiekiem. Mądrość życiowa, doświadczenie i pobożność idą u niego w parze z rozbrajającym wręcz poczuciem humoru. Tryska energią, radością i ironicznym często dowcipem. Ma olbrzymi dystans do wszystkiego a jednocześnie jest człowiekiem bardzo konkretnym. No i generalnie słynie z upodobania do Coca-Coli (choć sam zaprzecza jakoby nie potrafił się bez niej obyć).

 

Nie ma tu wielu katolików, większość jest pochodzenia niemieckiego i rosyjskiego. W przypadku młodszego pokolenia czasem chyba nawet trudno określić narodowość, bowiem w rodzinie są korzenie niemieckie, ukraińskie, rosyjskie a nawet koreańskie. Do kościoła przychodzi regularnie kilka osób, w niedzielę bywa ich kilkanaście, w większe święta dochodzi do 20. Są też katolicy, którzy żyją kilkadziesiąt kilometrów od Chromtau (m.in.w Kuduksaju), więc przyjeżdżają tylko czasami. Ale o parafianach, o tym jak się tu żyje i co tu robię już w następnych postach.

 

Pozdrawiam

 

Przemek


Top 

2009-01-07

 

O dniu powszednim w Chromtau słów kilka

 

Witajcie!

 

Ostatnio było trochę o Chromtau, więc teraz może słów kilka o tym co tu robię.

Dzień praktycznie rzecz biorąc wyznaczają nam godziny brewiarzowe. Zaczynamy o 8 jutrznią z godziną czytań. Ok. 13 odmawiamy modlitwę południową, a o 20 nieszpory, kompletę już indywidualnie. O 15 jest Msza Święta, ale zazwyczaj jesteśmy już o 14, żeby otworzyć kaplicę i przygotować się. Ja odpowiadam za zakrystię (przygotowanie parametrów liturgicznych, pranie bielizny kielichowej itp.). Usługuję też oczywiście do Mszy, która jest po rusku, natomiast funkcje lektora wykonuję tylko w dni powszednie, gdy już nie ma innych osób mogących czytać, ograniczam się zresztą wciąż tylko do krótszych czytań, psalmów i śpiewu wersetu przed Ewangelią. W niedzielę i święta Eucharystię mamy o 11, regularnie chodzi kilkanaście osób, w święta zbiera się więcej, ale część mieszka bardzo daleko od Chromtau, część musi pracować nawet w niedziele.

 

Jeśli chodzi o prace w domu to muszę przyznać, że odkryłem w sobie powołanie m.in. do sprzątania, prania, prasowania czy gotowania (tak, tak, trzeba było wyjazdu aż do Kazachstanu, żebym nauczył się tego wszystkiego i w dodatku to polubił ). Ale oprócz opieki nad zakrystią i obowiązków domowych nie mam jakiegoś stałego, konkretnego zajęcia, co nie ukrywam jest tu dla mnie największą trudnością, sam bowiem muszę wynajdywać sobie robotę i wychodzić z jakąś inicjatywą. Mimo to oprócz modlitw i liturgii życie tutaj upływa nam na załatwianiu wielu spraw. W poniedziałki jeździmy do Aktjubińska (głównie na większe zakupy i do urzędów, gdyż biurokracji jest tu co niemiara i niestety na to chyba najwięcej czasu przeznaczać muszą tutaj w Kazachstanie księża, dość powiedzieć, że sprawę ogrzewania kaplicy załatwiać musieliśmy w tutejszym Urzędzie Bezpieczeństwa – nie pytajcie, ja też tego nie rozumiem). Przy okazji jest to też okazja do odwiedzin sąsiedniej parafii (sąsiedniej, czyli oddalonej o 100 km). Ale w Chromtau bieganie po sklepach i urzędach także jest niestety częstszym zajęciem, nie zawsze przyjemnym, ale koniecznym.

 

Nie znaczy to oczywiście, że życie jest tu monotonne, przeciwnie. Przez ostatnie dwa miesiące praktycznie rzecz biorąc każdy dzień przynosił coś nowego. Nawiedziliśmy cmentarz odległy o ok. 40 km, wycinaliśmy i wywoziliśmy krzaki i chwasty z terenu kaplicy, robiliśmy mikołajkowe paczki dla dzieciaków a także adwentową dekorację (z niej jestem najbardziej zadowolony, gdyż zamarzyła mi się drabina dla figurki Jezusa, taka co to się po niej figurkę dzień po dniu na niższy stopień przesuwa i udało nam się ją wykonać). Czas przedświąteczny był oczywiście okresem generalnych porządków, nie tylko tych domowych, ale i tych w kaplicy. Lampki, choinki, żłóbki, dekoracje itp. – ku mojej radości pracy nie brakowało. Udało się też zrealizować inicjatywę, którą wyniosłem z Oazy, a mianowicie „Słowo Życia”, które rozdawaliśmy ludziom po Pasterce.

 

Od czasu do czasu dostajemy z księdzem od któregoś z parafian zaproszenie na herbatę, a czasem także i na niedzielny obiad, więc jest też okazja poznania takiego codziennego życia tych osób. W wolnym czasie mam się zajmować aktualizacjami na stronie Administratury i uzupełniać Wikipedię o informację dotyczące Kościoła w Kazachstanie.

 

Na razie jednak przede wszystkim uczę się ostro języka, więc co najmniej 2 godziny dziennie spędzam na wałkowaniu słówek i gramatyki. Na szczęście mam tu podręczniki do ruskiego, książki, gazety, telewizję i filmy po rusku no i w koło wszyscy tylko w tym języku do mnie mówią, a w dodatku dwa razy w tygodniu mam lekcje u Rosjanki, więc mam nadzieję, że w końcu coś się ruszy w tym zakresie u mnie.

 

Nie sposób opisać wszystkiego po kolei, dużo się dzieje, najczęściej jednak jak widzicie sami, robię tu bardzo proste rzeczy. Moja więc rola sprowadza się do takiej zwyczajnej służby, bez fajerwerków, bowiem mam po prostu w tych wszystkich sprawach trochę odciążyć księdza, wspomóc go, a przede wszystkim budować z nim wspólnotę. I teraz widzę, że to jest właśnie główny cel, dla którego Pan mnie tu posłał. Pierwsze 1,5 miesiąca mojego pobytu w Chromtau minęły bowiem praktycznie rzecz biorąc pod znakiem choroby ks. Janusza. Oprócz zapalenia płuc nałożyły się też inne problemy zdrowotne. Na szczęście ksiądz dał się przekonać na wizytę u lekarza, choć na jednej się nie skończyło. Po całej serii badań i konsultacji z lekarzami w Chromtau i w Aktjubińsku, dwóch seriach zastrzyków i kroplówek ksiądz wyleczył zapalenie płuc. Jestem Bogu bardzo wdzięczny, że posłał mnie w to miejsce w tym konkretnym czasie, gdyż mogłem przez to w jakiś sposób służyć księdzu, choćby w takich prostych rzeczach jak: odprowadzanie na parking samochodu, robienie zakupów, obiadu czy nawet podawanie herbaty i lekarstwa, gdy gorączka nie pozwalała mu wstawać z łóżka. Nie wszystko jednak byłem w stanie zrobić: gdy trzeba było pomóc komuś w przewiezieniu jakiś rzeczy pojechałem ja, rachunek za telefon zapłaciłem, karetkę jakoś wezwać się udało, ale na poczcie już bym się np. nie odnalazł, podobnie w banku itd. A niestety takich spraw, gdzie ksiądz musiał biegać trochę było.

 

Oprócz języka cały czas „uczę się Kazachstanu”. A co będzie dalej zobaczymy. Nastawiam się raczej na „misyjną obecność” w duchu Karola de Foucauld i na modlitwę, bo tutaj dostrzegam wyraźnie jej siłę, wartość i to jak bardzo jest ona potrzebna temu Kościołowi i ludziom, którzy tutaj w Kazachstanie mieszkają i tym, którzy tu posługują (mnie także zresztą). Najważniejsze wydaje mi się to, żeby być tutaj, wśród tych ludzi, poznawać ich problemy i dawać świadectwo życia. Mam nadzieję, że jak Bóg pozwoli to kiedyś także świadectwo słowa.

 

A za to wszystko co do tej pory Bóg zdziałał Chwała Panu!!!

 

Przemek

 


Top 

2009-03-05,

Ora et labora - peregrynacji po Administraturze odsłona pierwsza

 

Jak się okazuje, Pan Bóg nie przestaje mnie zadziwiać. W ostatnim czasie dużo się bowiem u mnie działo i ... zmieniało. Otóż już dzień po Niedzieli Chrztu Pańskiego musieliśmy w Chromtau rozebrać wszystkie świąteczne dekoracje, spakować się i... wyjechać. Ksiądz Janusz bowiem musiał lecieć do Polski na leczenie, ja natomiast trafiłem do Atyrau, gdzie przebywałem jednak tylko kilka dni, gdyż okazało się, że plany się zmieniły i jechać mam do Uralska.

 

Miasto to położone jest w północno-zachodnim Kazachstanie (500 km. na północ od Atyrau i tyleż samo na zachód od Chromtau, ok. 220 tys. mieszkańców ). Jest tu piękny kościół, dopiero niedawno zbudowany. W parafii pracuje ks. Jan z Polski oraz Słowacy - ks. Peter oraz dwoje wolontariuszy - Ewa i Tomas. Tuż przed moim przyjazdem rozpoczął się remont mieszkania sióstr Elżbietanek, które sprowadzić się tam mają za pół roku. Moja praca tam była bardzo prosta, sprowadzała się bowiem do pomocy przy remoncie. Razem z Tomasem rozbieraliśmy ścianki gipsokartonowe, burzyliśmy pozostałe niepotrzebne ściany, zrywaliśmy kafelki i płytki, wierciliśmy dziury w ścianach, nosiliśmy worki z piaskiem i cementem, cegły, drzwi i inne rzeczy na piąte piętro (niestety nie pomyśleli w tym bloku o windzie) itd. itp. Ot, taka zwykła, męska robota, za to dająca wiele satysfakcji. A przy okazji niejednej rzeczy się nauczyłem. Tomas słusznie zauważył, że życie tutaj upływa pod znakiem modlitwy i pracy. Niesamowite było bowiem to, że w każdej wolnej chwili mogliśmy zachodzić do kościoła, by modlić się przed tabernakulum. Jakże wielki to przywilej i łaska, móc tak blisko przebywać z Jezusem, zwłaszcza wtedy gdy się jest zmęczonym, bo wtedy On przypomina mi skąd tak naprawdę mam czerpać siłę i dla kogo to wszystko robię.

 

Ten pobyt w Uralsku to był dla mnie czas takiego stawania w prawdzie o sobie, uświadamiania sobie w jakich obszarach jeszcze niedomagam, nad czym muszę popracować i bez wątpienia też czas takiego uczenia się życia we wspólnocie. Pomógł mi też nabrać do niektórych rzeczy dystansu.

 

Jednocześnie widzę, że potrzebne jest mi, by ktoś od czasu do czasu sprowadził mnie na ziemię i przypomniał po co tu tak naprawdę jestem. I właśnie dlatego wielką łaską dla mnie było to, że mogłem co jakiś czas na kilka dni zatrzymywać się w Atyrau, gdyż Jowita i Justyna pomagały mi nie tylko dobitnie przemawiając mi do rozumu, ale też przez swoje świadectwo. Zobaczyłem bowiem już nie tylko zakręcone dziewczyny, zarażające radością i entuzjazmem (a tutaj jest to niezmiernie ważne, gdyż codzienność często nie nastraja optymistycznie)*, ale przede wszystkim wolontariuszki oddane całkowicie całym sercem swojej posłudze**.

 

W Uralsku przebywałem 1,5 miesiąca. Kilka dni temu wróciłem do Chromtau. Stęskniłem się za tym miejscem i za ludźmi. W najbliższym czasie czeka nas remont mieszkania, a na wiosnę ciąg dalszy remontu kaplicy (już w wakacje zrobiona została część prac), a to znaczy, że nudzić się nie będę. Dlatego właśnie widzę, że Pan posyła mnie tam, gdzie w danym czasie jestem potrzebny. I mimo, że to co robię dość znacznie odbiega od wyobrażeń, jakie miałem zgłaszając się na ten wolontariat, to wiem, że zwłaszcza te najprostsze posługi są ważne, że przez nie uczestniczę w jakiś sposób w budowaniu Kościoła, tego Żywego Kościoła.

 

Ale widzę też wyraźnie, że ta moja posługa pomaga przede wszystkim mnie samemu, uczy mnie bowiem pokory, a chyba w tym momencie jest mi ona najbardziej potrzebna. Tym bardziej więc znowu proszę o modlitwę i z całego serca dziękuję za dotychczasowe wsparcie.

 

Pozdrawiam

 

Z Bogiem

 

Przemek

 

* Śpiewanie siostrom pod oknem "Przybyli ułani", lepienie bałwana o pierwszej w nocy, modlitwa spontaniczna w kościele o północy z uwielbieniem i śpiewem, nadziewanie serduszek na walentynkowe łańcuszki o nieludzkiej porze itp. itd. - to tylko niektóre akcje, na które „zaciągnęły” mnie J & J

** wielkie THANKS dla Was dziewczyny. Za wszystko.

 


Top 

2009-05-10

 

Христос воскрес - peregrynacji po Administraturze ciąg dalszy

 

Dziwny jest ten ... czas

 

Niby nic się u mnie nie działo specjalnego, ciągle narzekam na brak stałego zajęcia, a jak tak poszperam w głowie, to okazuje się, że ciągle „coś” było. Nudzić się tu nie sposób. Raz jest to bielenie kaplicy, innym razem dekoracja wielkopostna, wieczernikowa, pańskogrobowa (no nie jestem pewien tego słowa, ale lepszego w tym kontekście nie znajduję), wielkanocna, majowa itp. No i znów mamy internet, więc można się nad Wikipedią „poznęcać”. A na horyzoncie długo zapowiadany remont, choć w wersji "okrojonej".

 

Ale jakoś tak mam wrażenie, że wciąż jestem w drodze... spotkanie w Atyrau, odwiedziny na cmentarzach mniej lub bardziej oddalonych od Chromtau, przy okazji wizyta w Uralsku, stałe nawiedzanie Aktjubińska i nawiedzanie Aktjubińska całą parafią przy okazji odpustu parafialnego, wyprawy na miasto przy okazji tutejszych mniej lub bardziej zrozumiałych dla mnie świąt (z jeszcze mniej zrozumiałymi paradami dzieci-żołnierzy) i wyprawy w step po tulipany (ich zbieranie jest tu karane, więc jakby kto pytał to nie my ... to wiatr, my tylko nie chcieliśmy żeby się poniewierały po łące).

 

Ale Pan Bóg dał mi też uczestniczyć w naprawdę ważnych sprawach.

 

W uroczystość Zwiastowania Pańskiego zorganizowaliśmy w Chromatu Duchową Adopcję. Poza mną i księdzem aż trzy Panie wzięły w duchową opiekę dzieci nienarodzone. Piszę aż trzy, gdyż jest to mała parafia, a poza tym tutaj wciąż bardzo powoli dobija się prawda o życiu poczętym, niestety wiele kobiet ma tu za sobą dramat aborcji, więc takie modlitewne zobowiązanie wcale nie jest proste.

 

Msza Krzyżma w Administraturze nie odbywa się w Wielki Czwartek lecz w Wielki Poniedziałek, gdyż ze względu na odległości kapłani nie zdążyliby wrócić na Wieczorną Mszę Wieczerzy Pańskiej. Przy tej okazji znowu w Atyrau zebrała się nas niezła gromadka – księży, sióstr i świeckich. Wspaniały czas. Okazja do ponownego spotkania się i do wspólnej modlitwy (a przy okazji do gry w siatkę, czy w Twistera).

 

Z naszej części Administratury jechało nas 3 księży i 3 świeckich (nasza dwójka z Chromtau i 4 z parafii w Aktjubińsku). Dla mnie czymś niesamowitym było wspólne odmówienie w drodze powrotnej brewiarza w przedziale (wyobraźcie sobie - pociąg pełen muzułmanów, a tu 6 facetów przez 15 minut modli się na głos, w dodatku po polsku!).

 

Tłumów na Gorzkich Żalach u nas nie było, gdyż nie było ... Gorzkich Żali. W piątki Droga Krzyżowa była, ale też bez tłumów. Po raz pierwszy też nie odbyłem wielkopostnych rekolekcji, choć mam jakieś dziwne przeświadczenie, że cały ten czas był dla mnie wielkimi rekolekcjami.

 

Tutaj Wielkanoc, nazywana po prostu Paschą, jest rzeczywiście najważniejszym świętem w roku. I bardzo wyczekiwanym. Nie ma tu tradycji błogosławienia święconek w Wielką Sobotę, za to w obfitości krasi się jajka i przynosi się je na Wigilię Paschalną, po której są błogosławione, podobnie jak ciasta (tzw. paschy) i inne słodkości, które następnego dnia spożywane są w domach, bądź w czasie agapy.

 

Właśnie w czasie tej agapy gromadka dzieci ( jakoś tak z okazji Paschy wyjątkowo „nadliczbowa”) wołała mnie wciąż do zakrystii domagając się, bym się z nimi bawił. Oczywiście odmówić nie mogłem, ale na przyszłość będę pamiętał, że jeśli chowam się do szafy i zostaję znaleziony, to lepiej nie prosić potem dzieci, by niczego nie mówiły proboszczowi, bo polecą do niego od razu. Kocham te maluchy, choć oka z nich spuścić nie można na minutę.

 

W jakiś czas po świętach pojechaliśmy z parafianką Rosą i jej piątką dzieci na cmentarz do Uspienowki (ok. 500 km od Chromtau), by poświęcić grób jej męża i rodziny. Na miejscu okazało się, że wieść o przyjeździe księdza się rozeszła i czekało tam już kilka innych osób, które prosiły o pobłogosławienie grobów ich bliskich. Ponoć nigdy nie było tam kapłana, nawet prawosławnego popa. Obecność księdza Janusza była dla tych ludzi błogosławieństwem. Widać było wzruszenie na ich twarzach i ogromną wdzięczność. Pan Bóg działa w przedziwny sposób... Ksiądz obiecał, że na jednej wizycie się nie skończy. I będzie miał zapewne nie raz okazję to spełnić, gdyż Uspienowka leży niedaleko od Uralska, a tam właśnie obejmie on już niedługo probostwo. Wraz z nim i moja obecność w Chromtau niedługo dobiegnie końca. Na razie jednak staram się nie myśleć o pożegnaniach, choć wydaje się,że bez łez się nie obędzie...

 

Pozdrawiam

 

Z Panem Bogiem

 

P.S. Dziękuję Diakonii Misyjnej w imieniu swoim i ks. Janusza za życzenia świąteczne!

 

Przemek

 


Top 

2009-05-23

 

I Ty możesz zostać wolontariuszem misyjnym!!!

 

Oazowicze, idźcie więc i czyńcie uczniów ze wszystkich narodów!

Nie bójcie się opuścić wasz bezpieczny i znany świat, by służyć tam, gdzie Bóg was wzywa i gdzie wasza wielkoduszność przyniesie wielokrotne owoce!

 

ks. Jacek Herma, XXXIII Kongregacja Odpowiedzialnych (2008)

 

 

Czy zdajesz sobie sprawę, że te słowa skierowane są właśnie do Ciebie, a jednym z miejsc, w których potrzebna jest Twoja służba jest ... Kazachstan?! Czy słyszałeś o Oazowym Wolontariacie Misyjnym?

 

 

Ja? Zostawić to wszystko co mam? Na tyle miesięcy? A co ze wspólnotą? A moje studia? No przecież urlop dziekański by był potrzebny? A jak się rodzice nie zgodzą? A jak mi się nagle odechce? A znowu będzie dyżur sprzątający? Czy oni tam w ogóle mają telewizję? Ale jak to tak, bez gitarki na Mszy? A poza stepem to tam coś w ogóle jeszcze jest? A będę tam miała zasięg? I w co ja się tam ubiorę?

 

Jeśli jesteś animatorem, który przeszedł formację podstawową Ruchu Światło-Życie, to ufam, że te pytania Cię nie dotyczą. Ale może zadajesz sobie inne: Czy możliwe by Bóg wzywał właśnie mnie? W jaki sposób mógłbym tam służyć? W czym mogłabym/mógłbym być tam pomocna/y

 

 

Przede wszystkim poszukiwani są wolontariusze, którzy od października kontynuowaliby lekcje angielskiego w Atyrau, które obecnie prowadzą Justyna i Jowita. To bardzo proste - podstawowe lekcje angielskiego i nie trzeba być wielkim lingwistą. Ale w rzeczywistości chodzi o coś więcej niż angielski. Sama nasza obecność jest już ważna. W końcu formacja Ruchu Światło-Życie przygotowywała nas do dawania świadectwa, życia nową kulturą i do diakonii. A tego właśnie tutaj potrzeba najbardziej. Młodych, autentycznych uczniów Chrystusa, którzy pokażą, że wiara to coś czym się żyje na co dzień. Potrzeba ludzi wolnych, radosnych i otwartych.

Potrzeba w końcu animatorów gotowych do służby, ale takiej zwykłej. Niekoniecznie bowiem uda się założyć wspólnotę oazową (choć przy dobrej znajomości języka rosyjskiego byłoby to możliwe, a nawet pożądane, zwłaszcza, że jest tam dużo ministrantów i młodzieży, którymi naprawdę można i warto się zająć), za to na pewno znajdzie się wiele innych rzeczy do zrobienia. Rzeczywiście dużo prawdy jest w tym przysłowiu, że animator sprawdza się przy szczocie i szmacie. Tutaj w Kazachstanie, w zależności od parafii praca przybiera różne formy – zakrystia, dekoracje, gotowanie, sprzątanie, strona internetowa, ministranci, chóry, kursy, wspólnota, remonty, przedstawienia, zabawy z dziećmi ... lista jest oczywiście dłuższa. To czym dany wolontariusz się zajmie w dużej mierze zależy od niego samego.

 

Oczywiście ograniczają nas warunki, przekonałem się o tym dobrze w przypadku Chromtau, gdzie tak naprawdę stałego zajęcia nie mam. Ale i wtedy trzeba sobie radzić. Jeśli pracy nie ma, to trzeba jej sobie samemu poszukać, wyjść z jakąś inicjatywą. Ksiądz biskup liczy bowiem na naszą kreatywność. A historia niejednych rekolekcji pokazuje, że oazowicz kreatywny być potrafi ... czasem nawet za bardzo Ale widzę też po swoim tu pobycie, że Pan Bóg potrafi nas w odpowiedni sposób „zagospodarować”, więc nudzić się nie będziesz. Oczywiście ogranicza nas też znajomość języka. Ale tym bardziej powinieneś/powinnaś się zdecydować już teraz, by najbliższe miesiące przeznaczyć na przygotowanie.

 

Wolontariat misyjny w Kazachstanie to spotkania i obcowanie z ludźmi. Przyjeżdżamy, aby dawać coś od siebie, a wyjeżdżamy obdarowani i ubogaceni. W Atyrau ciągle coś się dzieje, ciągle się kogoś spotyka. Księża, siostry, ministranci, pracownicy parafii, parafianie, uczniowie i wiele mniej lub bardziej przygodnych osób sprawiają, że to miejsce tętni życiem. Ale nie ma co owijać w bawełnę – lekko nie jest, zwłaszcza jeśli ma się tyle grup angielskiego na głowie co Jowita i Justyna, nie mówiąc już o dodatkowych obowiązkach. Sam nie wiem skąd one mają jeszcze tyle energii na te wszystkie „akcje nadplanowe”.

 

Ale wolontariat w Kazachstanie to przede wszystkim pogłębienie relacji z Bogiem, takie ... roczne rekolekcje oazowe. To czas, gdzie można poznać samego siebie, zobaczyć jak się sprawdzam w trudnych sytuacjach, czy potrafię żyć we wspólnocie.

 

Kazachstan to także step – bezkresny, ale i urzekający. To także trudna historia; ziemia znaczona cierpieniem tysięcy ludzi; tygiel kultur, narodowości i religii. Kazachstan to ziemia spragniona prawdy i Boga.

 

To nie przypadek, że kolejny rok naszej pracy formacyjnej w Ruchu Światło-Życie brzmi: Czyńcie uczniów ze wszystkich narodów. To wezwanie jest skierowane do każdego z nas. To wezwanie skierowane jest do Ciebie. Powołanie misyjne nie ogranicza się tylko do zakonników czy lekarzy. Misje to nie tylko Afryka. Każdy z nas jest do nich powołany, oczywiście każdy na swój sposób. Zapytaj więc sam siebie:

 

Czy chciałbym/chciałabym służyć w Kazachstanie? Czy potrafiłbym opuścić mój bezpieczny, znany świat, moją wspólnotę, studia, szkołę, przyjaciół, rodzinę ... na rok? Czy możliwe by Bóg wzywał właśnie mnie? Czy moja posługa naprawdę mogłaby przynieść wielokrotne owoce?

 

Odwagi! Bóg pyta dziś: „Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?”

Nie lękaj się odpowiedzieć: „Oto ja! Poślij mnie!

 

 

A zatem Oazowicze, Animatorzy!

 

Czyńcie uczniów ze wszystkich narodów ... Kazachstanu!

 

 

Przemek

  


Top 

2009-07-15

 

Fiat mihi – peregrynacji po Administraturze kolejna odsłona

 

Dawno się nie odzywałem, ale ostatnie dwa miesiące były naprawdę pokręcone. Właściwie to oprócz Aktau w tym czasie „zahaczyłem” o wszystkie parafie Administratury. W niektórych zatrzymałem się na dłużej, w innych byłem tylko przejazdem. Nie jest wcale prosto zmieniać tak często miejsce, zwłaszcza w takich warunkach, w tym kraju. Ale widocznie taki jest plan Boga co do mojej osoby. On wie najlepiej gdzie mnie posłać, nawet, jeśli ja chciałbym posiedzieć w jednym miejscu dłużej.

 

No, ale zacznijmy od początku.

 

Ostatni miesiąc pobytu w Chromtau upłynął mi pod znakiem nabożeństw majowych i remontu kaplicy. Któregoś razu do kościoła przyszedł Sasza - młody chłopak ze stowarzyszenia Niemców, który szukał jakiś pamiątek po niemieckich katolikach. „Przypadek”* sprawił, że musiał poczekać na rozmowę z księdzem do końca Mszy, której się przysłuchiwał i widocznie coś poruszyło jego serce, gdyż od tego dnia zaczął przychodzić niemalże codziennie. Szybko jakoś znalazłem z nim wspólny język**. Przy okazji sprzątania kaplicy rozmawiałem z nim o Bogu, wierze i moim spotkaniu z Jezusem, więc mogę powiedzieć, że była to moja pierwsza ewangelizacja w Kazachstanie :-). Żałuję tylko, że nie miałem okazji lepiej go poznać, gdyż w Niedzielę Wniebowstąpienia Pańskiego wyjechaliśmy do Uralska, gdzie ks. Janusz objął funkcję administratora parafii. W tym dniu odbyła się także I Komunia Święta Walentyny – młodej kobiety, której mama urodziła się jeszcze na Kresach Wschodnich. Także i w jej przypadku widziałem w jak przedziwny sposób Bóg przyprowadza do siebie ludzi.

 

Na ostatniej niedzielnej Mszy w Chromtau dane mi było mówić świadectwo. Ksiądz się śmiał, że trwało dłużej niż jego kazanie, ale ja naprawdę czułem moc Ducha Świętego, który pomagał znaleźć mi słowa, tak by mnie zrozumiano. Właściwie to miałem do powiedzenia dwie rzeczy: że Bóg nas kocha i ma dla nas wspaniały plan. Banalne? Ale właśnie w tym przekonaniu utwierdzał mnie Bóg przez te wszystkie miesiące w Kazachstanie. Wciąż przecież posyła mnie w nowe miejsca, daje mi nowe zadania i stawia na drodze nowych ludzi. Wszystko to jest swego rodzaju wyzwaniem, któremu, przyznaję, nie zawsze jestem w stanie sprostać. Często brakuje sił, a może także i wiary, ale tym bardziej uświadamiam sobie wtedy, że to wszystko opierać się musi na Bożej łasce. Widzę wyraźnie, że jeśli moja praca nie będzie miała źródła w Bogu, to będzie po prostu bezowocna. Jeśli nie będzie w moim życiu czasu i miejsca dla modlitwy, Słowa Bożego i sakramentów, to nie będzie też i świadectwa, życia nową kulturą i diakonii. Bóg pokazuje mi też, że jego miłość jest silniejsza niż moja słabość czy jakieś moje ograniczenia. Jeśli gdzieś mnie posyła, to daje siłę, bym wypełnił jego wolę. Ja mam tylko zaufać.

 

Uralsk. Nie jest to dla mnie nowe miejsce, gdyż spędziłem tu już wcześniej dwa miesiące (styczeń i luty), gdy ks. Janusz przebywał w Polsce. Ale jest zupełnie inne od Chromtau. Jest wprawdzie duży, piękny kościół, ale nie ma prawdziwej wspólnoty. Ludzie praktycznie rzecz biorąc są dla siebie obcy. Ale jest tu olbrzymi potencjał i wierzę, że kiedyś to miejsce będzie tętnić życiem. Tutaj znowu widać Bożą Opatrzność, gdyż właśnie takiego kapłana jak ks. Janusz trzeba tej parafii. Wierzę, że przez niego Bóg stworzy tu wspólnotę.

 

Oprócz ks. Janusza pracuje tu ks. Piotr i Ewa (Słowacy). Do niedawna był tez Tomasz ze Słowacji i Jurek z Litwy. I właśnie dzięki chłopakom ten pierwszy (a właściwie drugi) okres pobytu w Uralsku był niesamowity. Wiele nas łączy, m.in. poczucie humoru i ... różaniec. Właściwie to odmawialiśmy go w każdej wolnej chwili. Przed pracą, w czasie pracy, gdy jechaliśmy na miasto albo do parku, a nawet gdy spacerowaliśmy po plaży nad jeziorem, co było też niesamowitym świadectwem, bo tutaj raczej mało kto wie co to różaniec, a jeszcze mniejsze prawdopodobieństwo by ktoś widział modlących się na nim katolików. To miasto, ten kraj i Ci ludzie potrzebują modlitwy. Zresztą my także jej potrzebujemy i to bardzo. Czasem mam wrażenie, że szatan miesza tu dwa razy bardziej niż gdzie indziej, bo nie chce dopuścić do tego, by rozwijało się tutaj to Boże dzieło.

 

W Boże Ciało pierwszy raz w Uralsku odbyła się procesja eucharystyczna i dlatego cieszę się, że udało się nam zrobić wprawdzie dość proste, ale piękne ołtarze. To było historyczne wydarzenie!

 

Gdy jesteśmy w sklepie albo załatwiamy jakąś sprawę zawsze pytają nas skąd jesteśmy. Zazwyczaj biorą nas za Anglików pracujących w tutejszych firmach naftowych. Już sam fakt, gdy mówimy, że jesteśmy z Katolickiej Cerkwi jest swego rodzaju świadectwem, choć większość nie rozumie kim jest wolontariusz i z reguły ludzie nie wierzą, gdy mówimy, że przyjeżdżamy tu by pracować za darmo.

 

Czerwiec w Uralsku minął nam pod znakiem pracy przy wykończeniu podziemi w kościele, gdzie urządzaliśmy m.in. pokoje gościnne (ma tu być coś w rodzaju diecezjalnego ośrodka rekolekcyjnego). Oprócz tego kończyliśmy mieszkanie sióstr Elżbietanek (było więc trochę zabawy przy wnoszeniu i skręcaniu mebli). Oprócz tego, po wyjeździe Tomasza przejąłem obowiązki zakrystiana. Wiele jeszcze pracy czeka nas przy terenie wokół kościoła. Od czasu do czasu trzeba np. kosić „zarośla”***.

 

Co do pogody u nas ... cóż ... ponoć w cieniu jest 40 stopni, ale patrząc na moje spalone plecy myślę że to liczba zdecydowanie zaniżona :-). Na szczęście w Uralsku, w odróżnieniu od reszty Zachodniego Kazachstanu (zdecydowanie stepowej) jest stosunkowo dużo drzew.

W wolnym czasie gramy w trambambulę**** , jeździmy do parku popływać na łódkach, albo kąpać się nad rzękę, choć pojęcie „wolny czas” jest ostatnio dość względne, zważając na ilość obowiązków.

 

Ale i tak największą atrakcją było zakładanie witraża w kościele. Właściwie to montował go ks. biskup, a my asystowaliśmy i modliliśmy się by nie zleciał z „rusztowania”***** .

 

I właśnie w czasie jednej z wizyt ks. biskupa w Uralsku niespodziewanie dowiedziałem się, że jadę do Atyrau. 22 czerwca znalazłem się w stolicy naftowej Kazachstanu. Bylem tam przez dwa tygodnie, pomagając przy budowaniu systemu nawadniającego****** na terenie kościoła , co oprócz jednego dnia wylewania betonu pod fundamenty dla domku na zbiornik i jednego dnia „obudowywania” tegoż obiektu sprowadzało się do kopania dołów na rury odprowadzające wodę i zraszacze. Ale właśnie to było najlepsze w tym wszystkim, gdyż pracowało z nami kilku ministrantów, więc miałem okazję lepiej ich poznać. Chłopcy garnęli się do roboty, widać było, że są spragnieni „męskiego zajęcia”, które choć wyczerpujące fizycznie, to jednak zdecydowanie lepsze jest od bezcelowego szwędania się po ulicach. Większość z nich nie ma ojców i może dlatego tak garną się do księży, zwłaszcza do ks. Piotra. Cieszą się, gdy powierzy się im ważne zadanie, gdy mogą pomóc.

 

Po całym dniu kopania dołów, wkręcania śrub, cięcia desek itp. nadchodził wieczór ... a w Atyrau oznacza to ok. 70 do 100 osób na terenie kościoła (dzieci, młodzież i rodzice), którzy codziennie przychodzą na plac, by pobawić się na huśtawkach czy pograć na boisku w kosza lub tenisa. Większość z nich nie jest związana z Kościołem, przeważnie są to muzułmanie, ale wiara nie gra roli, gdyż tutaj dzieci znajdują bezpieczne miejsce do zabaw, młodzież boisko i sprzęt sportowy, a rodzice także okazje do spotkania się i rozmów. Nad wszystkim pieczę trzyma siostra Weronika, którą wspiera Jowita, a do niedawna także Justyna. W czasie gdy tam byłem miałem za zadanie nie tylko pomagać w organizowaniu zabaw (największą popularnością cieszyły się skoki przez skakankę – na różne możliwe sposoby), ale też pilnować by się nie pozabijali, nie rozwalili kościoła itp., co wbrew pozorom nie jest aż taką przesadą, lecz realnym zagrożeniem, zważając na liczbę osób przypadającą na m2 i kilka przypadków nieszczęśliwych wypadków przy huśtawce. Tak, więc dzień w Atyrau kończy się o 22, gdyż wtedy dopiero wygania się dzieciaki. Ja byłem tym wszystkim zmęczony po 2 tygodniach, a teraz pomyślcie, że Siostry i dziewczyny mają to na co dzień. Bez wątpienia jednak jest to fajna sprawa, że tyle osób tam przychodzi, że Kazachowie się kościoła nie boją i że wiedzą, że są tu osoby otwarte na nich, niekoniecznie chcące od razu ich nawracać. To buduje zaufanie do Kościoła.

 

Po dwóch tygodniach w Atyrau znowu zmieniłem miejsce - znowu wyjazd do Uralska, tym razem jednak z grupką ministrantów z parafii i Jowitą pojechaliśmy na łagier (wyjazd rekolekcyjny o którym więcej w następnym poście). Do Atyrau już z nimi nie wróciłem. Zostałem w Uralsku, choć nie dam sobie głowy uciąć, że tak pozostanie, gdyż znając życie Pan Bóg znowu może sprawić mi jakąś niespodziankę. Wczoraj na przykład dowiedziałem się, że przyjeżdżają do nas na rekolekcje babuszki z Atyrau, a potem ma też przyjechać starsza młodzież z całej Administratury. Dostałem też zaproszenie na rekolekcje dla młodzieży organizowane przez ks. Józefa Trelę w okolicach Ałmaty. Do Polski wracam 1 września, a już 4 jadę do Krościenka na jedynkę, więc generalnie jest hardcorowo. Najważniejsze jednak to niczego nie planować. Trzeba być tu wciąż gotowym na zmiany, nawet te najbardziej nieoczekiwane i na podjęcie nowych zadań. Tym bardziej, więc proszę o dalszą modlitwę w mojej intencji, może zwłaszcza o to, bym potrafił z wiarą, ale też i z pokorą mówić każdego dnia Bogu „Fiat mihi”.

 

Przemek

 

* Nie ma przypadków, a już na pewno nie ma ich tu w Kazachstanie, przeciwnie, tutaj widać jak na dłoni Bożą Opatrzność

** Bynajmniej nie chodzi mi o rosyjski :-), gdyż ten wciąż pozostawia wiele do życzenia, aczkolwiek nie ma powodu do narzekań

*** W tutejszych warunkach najlepiej robić o 4 nad ranem, a chyba nie muszę mówić, że nie jest to moja wymarzona pora na bieganie z kosą i osełką wokół kościoła.

**** Słowacy twierdzą,że nazywa się to Calcetto, ale ja tam pozostaje przy trambambuli (ewentualnie: piłkarzyki).

***** Rusztowanie to zdecydowanie za dużo powiedziane - to były po prostu prowizorycznie ustawione stoły, związane jakimiś linami – nawet w Kazachstanie nie spełniały standardów bezpieczeństwa

***** W wielkim uproszczeniu: domek na wielką banię z wodą, rury i zraszacze

******* Dziewczyny – jeszcze raz: wielki szacun!

 

 


Top 

2009-07-26

 

Лагер

 

W dniach 6-11 lipca odbył się w Uralsku tzw. łagier*, czyli obóz dla dzieci z Administratury Apostolskiej Atyrau. Początkowo miał być oddzielny dla ministrantów i dziewczynek, ostatecznie był wspólny. Tak naprawdę to do końca nie wiadomo co to było. Niektórzy mówią o wyjeździe, inni o obozie, wypoczynku, inni o oazie**. Dla mnie były to po prostu rekolekcje, bo taki przybrały ostatecznie kształt, więc pozwólcie że tego terminu będę się trzymał.

 

Niestety Justyna nie mogła pojechać z nami, gdyż została w Atyrau, by pomóc s. Zycie i ks. biskupowi przy dzieciach, które przychodzą tam przez cały dzień, zwłaszcza wieczorem. Nad całością czuwali s. Weronika i ks. Piotr z Atyrau. Dzieciaki podzielone były na 3 grupy: niebieską (dziewczyny), za którą odpowiadała Jowita z s. Weroniką, żółtą (młodsi chłopcy), za którą odpowiadał Tomasz z Edgarem oraz zieloną (starsi chłopcy), za którą odpowiadałem ja i Rusłan (kleryk z Karagandy).

 

Wszystkich dzieci było 16, w tym 5 dziewczynek . Przyjechali z Atyrau i Kulsarów, było też kilka osób od nas z Uralska. Wiek – od 13 do 17 lat. Różniły ich nie tylko korzenie (rosyjskie, kazachskie, koreańskie, niemieckie, estońskie, ukraińskie itp.), ale także drogi jakimi trafili do Kościoła. Większość była chrzczona jeszcze w Prawosławnym Kościele, a do Kościoła Katolickiego chodzą od kilku lat, niektórzy ministranci tylko służą do Mszy, pozostając jednocześnie prawosławnymi.

 

Ale były też dwie osoby z Uralska, które przyszły w ogóle pierwszy raz do Kościoła właśnie ze względu na łagier! Dla nich było to prawdziwe wyzwanie, gdyż wszystko było nowe i nie całkiem zrozumiałe. W mojej grupie miałem np. Kazacha, który formalnie wcześniej był muzułmaninem, a chrzest przyjął kilka miesięcy temu. Generalnie te sprawy są bardzo delikatne, a historie dzieci i sytuacje w ich rodzinach bardzo pogmatwane.

 

Udało się „wywalczyć” kilka punktów programu, które można by nazwać oazowymi, m.in. spotkania w grupach, dyżury (tudzież posługi jak chcą niektórzy), pogodny wieczorek itp.

 

Każdego ranka o godz. 8. poranną modlitwę rozpoczynaliśmy od zapalenia świecy, ale nie zwyczajnej, lecz z foską :-). Podarowała mi ją Pani Grażyna Miąsik z INMK dla wspólnoty, którą Kasia z Natalią zakładały w zeszłym roku. Wspólnoty niestety póki co nie udało się reaktywować, za to mam nadzieję, że świeca będzie służyła jeszcze nie na jednych rekolekcjach, które być może przyniosą zmianę tej sytuacji.

 

Po śniadaniu następował czas dyżurów – sprzątający, liturgiczny i „stołowy” (mój ulubiony, czyli zmywanie naczyń i nakrywanie do stołu).

 

Następnie odbywały się spotkania w grupach, po których zbieraliśmy się razem, by je podsumować. Tematem tych rekolekcji były Boże Przykazania. Każdego dnia, na spotkaniach w grupach, rozważaliśmy je w różnych aspektach (Bóg, rodzina, człowiek, świat).

 

W każdym wolnym czasie dzieciaki grały w trambambulę (piłkarzyki), ping ponga (tenisa stołowego), rzutki itp. Chodziliśmy też na boisko, gdzie mogli się wyszaleć przy piłce czy innych grach.

 

Po obiedzie jeździliśmy na wycieczki po mieście (do ZOO, prawosławnych cerkwi, monastyru, parku itp.). Niestety pogoda tylko raz nam dopisała na tyle by móc pojechać kąpać się nad rzekę, a na to przecież szczególnie wszyscy czekali.

 

W ciągu dnia był też czas dla ks. Piotra, który dla ministrantów prowadził teoretyczno-praktyczną szkołę służby liturgicznej i s. Weroniki, która z dziewczynkami ćwiczyła śpiew psalmów***.

 

O 18.30 był różaniec lub nabożeństwo. W końcu kulminacyjny moment dnia – Eucharystia, w czasie której dzieciaki podejmowały różne posługi, w tym całkiem nową dla nich – służbę darów, wprowadzoną przez Jowitę.

 

 

Po kolacji następował pogodny wieczorek, przybierający postać zabaw (z nieocenioną chustą klanzy), projekcji filmu, ogniska bądź zawodów i konkursów. Ok. 22 następowała cisza nocna****.

 

Tyle jeśli chodzi o program. Ciężko powiedzieć, co zostało w ich sercach, owoce tego czasu zostawiliśmy Bogu. Ja osobiście bardzo się cieszę ze spotkań w grupach. Nie było łatwo, ale też widzę, że nie bez powodu dane mi było wcześniej spędzić dwa tygodnie w Atyrau, bo miałem w grupie właśnie tych ministrantów, których poznałem lepiej przy pracy tam! Większość z nich, jeśli nie wszyscy, wychowują się bez ojca. Na jednym ze spotkań rozmawialiśmy o 4 przykazaniu i doszliśmy do wniosku, który dla niektórych był całkiem nowy i bardzo trudny do zaakceptowania – a mianowicie, że powinni przebaczyć także swoim ojcom, którzy ich porzucili i modlić się za nich. Widać było, że właśnie to spotkanie i ten aspekt szczególnie ich dotknął i trafił do nich.

 

Nie sposób opisać wszystkiego, może Jowita opisze kiedy więcej. Bez wątpienia działo się dużo i widać było, że ten czas był im potrzebny, nie tylko po to by odpocząć, ale też zbliżyć się do Pana Boga.

 

Siostra Weronika zapytała mnie przed wyjazdem, czy dla mnie też te rekolekcje to dowód na istnienie Boga. Ja z całą powagą i bez zastanowienia odpowiedziałem – tak. Pan Bóg jest bowiem ponad tym wszystkim co nas ogranicza, ponad tymi wszystkimi problemami, z którymi się spotykamy tutaj, ponad tymi złożonymi sytuacjami jakie dzieci mają w rodzinach, a przede wszystkim ponad naszymi planami. On naprawdę wie lepiej, co jest dobre dla tych dzieci i dla nas i właśnie w czasie tych rekolekcji pokazał to jeszcze wyraźniej. I właśnie za to Chwała Panu.

 

Przemek

 

* Nie mylić z sowieckimi łagrami, choć widać było, że dla niektórych tyle czasu w kościele było prawdziwą katorgą :-) Co sprytniejsi chłopcy tuż przed Mszą symulowali ból brzucha, trzymając się za niego jedną ręką, w drugiej trzymając już piłkę tudzież rakietki do ping ponga :-)

** Bynajmniej nie ja z dziewczynami – żeby nie było, że na siłę „oazujemy” wszystko

*** Tzw. chórek zdechłych kurek :-), jak to mówią J&J

**** Nie muszę chyba dodawać, że w praktyce cisza ta, jeśli już rzeczywiście następowała, to zdecydowanie później.

 

 


Top 

2009-08-23

 

Miejsce tętniące życiem...

  

Salam alejkum!

 

Здравствуйте!

 

Witajcie!

 

Jadąc w maju do Uralska nie spodziewałem się, że świątynia, która jeszcze w styczniu i lutym, (kiedy byłem tam po raz pierwszy) przez cały tydzień zionęła pustką i ciszą, w czasie wakacji wypełni się życiem (i wrzaskami maści przeróżnej).

 

Ostatnio pisałem Wam o łagierze, jaki odbył się w Uralsku w lipcu. Dziś kilka słów o drugim i trzecim turnusie rekolekcyjno-wypoczynkowym (bo tak się to teraz oficjalnie nazywa).

 

Otóż zaledwie kilka dni po dzieciakach przyjechało do Uralska kilka pań z Atyrau razem z s. Zytą. Był to dla nich nie tylko czas wypoczynku, ale też okazja do pogłębienia wiary. Oprócz codziennej Eucharystii Panie modliły się razem nami Liturgią Godzin (choć do końca miały problemy ze zorientowaniem się o co w tym chodzi i jak to w ogóle ugryźć). Codziennie też słuchały katechezy na temat sakramentów.

 

Już pierwszego dnia nasze kochane Panie zamiast oglądać miasto wolały od razu zjeździć na bazar, gdzie nie omieszkały zakupić tony ogórków, wiśni czy co to tam było, żeby zaraz potem je zamarynować, zamrozić (czy coś w tym rodzaju). Podobnie ostatniego dnia nie interesowały ich żadne tam pamiątki, tylko kiełbasa, której ponoć w Atyrau nie ma, a którą zakupiły w ilości przerażającej (dość powiedzieć, że nasze dwie lodówy pękały w szwach!).

 

Wiele radości nam te Panie sprawiły, zwłaszcza, gdy jeździliśmy z nimi nad jezioro czy do parku. To był taki czas wzajemnego ubogacania się i jestem za niego Bogu bardzo wdzięczny.

 

W sierpniu z kolei (na kanwie „sukcesu” pierwszego łagieru) odbył się turnus wypoczynkowo-rekolekcyjny dla starszej młodzieży z całej administratury. Tym raz było ok. 30 osób z Atyrau, Kulsar, Aktjubińska, Chromtau i Uralska. Wiek uczestników wahał się w granicy 15-25 lat.

 

Nad całością czuwali ks. Cezary Komosiński i s. Weronika, przed którymi było nie łatwe zadanie. Większość z uczestników, bowiem w poprzednich latach jeździła do Aktau, gdzie cały dzień spędzali nad woda, ewentualnie „tracili” godzinkę na Mszę Św. Tymczasem w Uralsku dostali niewielką, ale jednak konkretną dawkę „doznań i wiadomości religijnych”. Niektórzy nie ukrywali, że nie są z tego do końca zadowoleni. Połowa z nich jest bowiem z Kościołem związana dość luźno.

 

Było wprawdzie kilka osób z aktjubińskiego Neokatechumenatu, ale np. z Atyrau prawie wszyscy należą do chóru rosyjskiego (bądź są chłopakami śpiewających tam dziewczyn :-) ). Owszem, przychodzą czasem na niedzielną Mszę, żeby pośpiewać, ale niestety nie przekłada się to na ich stosunek do wiary, do Boga. Spośród tych 30 osób zaledwie garstka może przystępować do Komunii, reszta, nawet, jeśli była chrzczona, to w Kościele Prawosławnym, ale niestety i tam rzadko zaglądają.

 

Mimo to tym razem księża zadecydowali, że będzie inaczej niż do tej pory. Ksiądz Cezary doszedł do wniosku, że skoro jedyny kontakt z Kościołem ta młodzież ma w czasie Eucharystii, to dobrze by było, gdyby wreszcie dowiedzieli się na czym polega jej istota i jak się w czasie niej zachowywać.

 

Każdy dzień rozpoczynał się modlitwą* , w czasie której ks. Cezary czytał Ewangelię z dnia i krótko ją omawiał, sugerując by stała się ona niejako Słowem Życia na dany dzień. Po śniadaniu i dyżurach** następowała krótka katecheza ks. Petera dotycząca Eucharystii, a wzbogacona prezentacją multimedialną. Następnie była praca w dwóch grupach, która sprowadzała się do przygotowania scenki biblijnej, którą odegrać mieli w ostatni dzień. Pierwsza grupa miała przedstawić Ostatnią Wieczerzę, a druga Drogę do Emaus.

 

 

I to był właśnie strzał w dziesiątkę, większość z nich bowiem w Atyrau nieraz uczestniczyła w takich przedstawieniach, które wystawiali też czasem w Uralsku czy Kulsarach. Ujawnił się przy tym ich zapał i zaangażowanie. Ale tak naprawdę scenki były tylko pretekstem, żeby porozmawiać z nimi o Bogu. Najpierw bowiem była krótka rozmowa na temat Ewangelii, którą mieli odegrać.

 

 

Najważniejszym momentem dnia była oczywiście wieczorna Eucharystia. Wszyscy z powagą podeszli do posługiwania w czasie Mszy, czy to poprzez czytanie Słowa Bożego, śpiew czy służbę przy Ołtarzu.

 

W wolnym czasie przewidzieliśmy dla nich mnóstwo atrakcji. Oprócz kąpania się na jeziorem (którego najbardziej oczekiwali) zwiedzaliśmy z nimi miasto (urzekły ich prawosławne cerkwie, zwłaszcza żeński monastyr), byliśmy na seansie kinowym. Niesamowite wrażenie zrobił na nich tutejszy park***(wśród wielu atrakcji tym razem bezkonkurencyjny okazał się Shrek****).

 

Co ciekawe, gdy byliśmy na Placu Zwycięstwa, bardziej niż pomnik podświetlany w czterech kolorach, wieczny ogień, tablice pamiątkowe i kwieciste trawniki ciągnęło ich do... szyszek, które leżały pod drzewem w ilości obfitej na tyle by każdy mógł zabrać co najmniej kilka na pamiątkę. Ale nie tylko szyszkę widzieli pierwszy raz w życiu. Trudno w to uwierzyć, ale prawie wszyscy z nich pierwszy raz byli na ognisku! Nawet nie wiedzieli jak się piecze kiełbaski! Można więc powiedzieć, że ten wyjazd miał dla nich także aspekt edukacyjny!

 

Ten tydzień z nimi był bardzo wyczerpujący (zwłaszcza noce, gdy trzeba było dużo cierpliwości i opanowania, nie tylko słysząc ich wrzaski i bieganie po korytarzach do późna, ale też widząc zachowania, które lepiej tutaj przemilczeć). Wiele rzeczy było dla nich nowych, widać, że do niektórych sytuacji nie dorośli, choć właśnie za dorosłych próbowali uchodzić. Wszystko to nie zmienia faktu, że tak na dobrą sprawę są to naprawdę niesamowici i wartościowi ludzie, bardzo radośni, otwarci, niektórzy zwariowani, inni z kolei bardzo nieśmiali.

 

Ten tydzień to przede wszystkim czas niesamowitego działania Pana Boga. On wiedział co dla nich przygotować. Jestem pewien, że Duch Święty zasiał w sercu każdego z nich jakieś ziarno. Może było to słowo usłyszane na porannej modlitwie lub w czasie katechezy, może coś poruszyło ich w czasie gdy przygotowywali, odgrywali lub oglądali scenki, a może trafiło do nich coś w czasie homilii? Owoce tego czasu należą do Boga.

 

Ostatnie dwa miesiące to nie tylko te turnusy rekolekcyjno-wypoczynkowe. Nasza parafia naprawdę zaczyna żyć. Najlepsze jest to, że wciąż ktoś nas odwiedza. Czasem jest to jakiś kapłan zatrzymujący się tu „przejazdem”, kierowcy tirów jeżdżący z transportem z Polski do Kazachstanu, małżeństwo z Neokatechumenatu, Pani architekt projektująca kościół, Czeszka i Słowak szukający drogi do Uzbekistanu, prawosławny batiuszka ... Odkąd urządziliśmy salkę z komputerami często przychodzi młodzież z parafii posiedzieć na internecie. Przychodzą też parafianie pomóc w sobotę sprzątać świątynie. Czasem ktoś po prostu chce zobaczyć kościół: jakaś para, rodzinka, „przypadkowy turysta”.

 

Wczoraj np. oprowadzałem wycieczkę kazachskich dzieci z Aktau, które spędzają w mieście wakacje. Stresujące to wydarzenie przemawiać po rusku do ok. 40 dzieciaków, ale jest to też niesamowita łaska. Miałem bowiem świadomość, że to prawdopodobnie pierwszy a może i jedyny ich kontakt z Kościołem katolickim. I jestem wdzięczny Duchowi Świętemu, że pomógł mi nie tylko opowiedzieć o tym co się w świątyni znajduje, co jest na malowidłach, ale też o tym w co wierzymy. Omawiając graffiti z Dobrym Pasterzem i Synem Marnotrawnym udało mi się opowiedzieć o tym, że Bóg wszystkich nas kocha i przebacza nam nasze grzechy, a wskazując na ambonę, że Bóg pragnie do nas mówić w swoim Słowie, że czeka na nas, pragnie się z nami spotkać. Usłyszeli, że Jezus umarł za nasze grzechy, że daje nam swoje Ciało i Krew do spożycia. Jakże niewiele usłyszeli. Może nawet nikt nic nie zapamięta, może nawet nie zrozumieli tego. Ale tu w Kazachstanie właśnie takie drobne sytuacje się liczą. Zdarza się, że tylko przypadkowo wspominamy o Kościele, często bowiem pytają nas skąd jesteśmy i co tu robimy. Ale naszym zadaniem tutaj jest właśnie dawanie świadectwa. Jest to jednak wielka odpowiedzialność, bo ludzie patrząc na nas oceniają Kościół, na podstawie naszych słów i zachowania wyrabiają sobie pogląd na jego temat, a zarazem sprawdzają czy jesteśmy autentyczni. Takich szans, by zaświadczyć o Bogu (choćby w niepozornych sytuacjach), jest wiele. My mamy tylko zrobić wszystko co w naszej mocy, by tych okazji nie przegapić. A o resztę zatroszczy się Bóg ...

 

Przemek

 

*Dla wielu była to prawdziwa udręka, a rozpoczęcie jej punktualnie w komplecie uczestników, zresztą jak i większości punktów programu, graniczyło z cudem.

**Też nie było to proste, żeby przekonać niektórych, że jednak wypadałoby po sobie posprzątać czy pozmywać.

***Chyba jeszcze nie pisałem o tym na blogu, więc czynię to teraz: takiego parku jak w Uralsku nie ma w żadnym mieście w Polsce! I nie jest to tylko moje zdanie. Doprawdy jest to wizytówka miasta.

****Jakby opisać Wam tą maszynę? Może wystarczy jak powiem, że lepiej nie wsiadać do niej po posiłku...

 


Top 

2009-10-05

 

Wspomnienia z Kazachstanu

Cz. I Chromtau.

 

Chromtau. Miasteczko z ok.20 tys. mieszkańców. W promieniu kilkunastu kilometrów pełno kopalni chromu, w większości odkrywkowych, więc miejscami krajobraz jest niemalże księżycowy. To właśnie kopalnie zatrudniają większą część mieszkańców, także z okolicznych pasiołków, czyli wsi. Ale samo miasto jest zaniedbane, no może poza placem na którym stoi pomnik Lenina, gdzie obowiązkowo zatrzymują się kondukty żałobne i pomnikiem zwycięstwa, w pobliskim parku, przy którym z kolei wszyscy nowożeńcy robią ślubne zdjęcia.

 

Na ulicach Chromtau zawsze pełno jest ludzi, czasem ma się wrażenie, że w domach nie zostaje dosłownie nikt. Chłopcy grają w piłkę, babuszki siedzą na ławeczkach przed blokiem, wkoło słychać krzyki, rozmowy, ktoś gdzieś głośno puszcza muzykę, ktoś inny trzepie dywan, grupka dzieci w jednolitych, zadbanych strojach idzie na drugą zmianę do szkoły, panie z pasiołków sprzedają ryby i twaróg. Ot, na pierwszy rzut oka całkiem zwyczajna rzeczywistość.  Tutaj zupełnie nie widać by ktoś się spieszył (co niestety odnosi się także do drogowców, przez co drogi przypominają ser szwajcarski). Środek miasta zdobią nowy meczet i cerkiew prawosławna, które nocą świecą różnymi kolorami.

 

W niedzielę, o godz. 11, w domku przy ul. Kariernej 14 gromadzi się na Mszy Świętej wspólnota katolików. Własnego kościoła nie mają, gdyż od lat bezskutecznie starają się o ziemię. Musi wystarczyć wyremontowana połowa domu, gdyż drugiej nie udało się odkupić od sąsiada. Najwięcej jest ukraińskich Niemców, a właściwie ich potomków, gdyż już tylko dwie Babuszki pamiętają tragiczną drogę z Powołża przez Polskę właśnie na kazachski step. Właściwie nie mają do nikogo żalu. Przeżyły swoje, tu urodziły dzieci, z których część zresztą wyjechała do Niemiec za lepszym życiem. Przez kilkadziesiąt lat nie widziały katolickiego kapłana. Dzieci chrzciły w prawosławnej cerkwi.

 

Baba Katia mówi, że jak nie przyjdzie codziennie na Mszę to „czegoś jej brakuje”. Rosa jest wdzięczna księżom, którzy tu pracowali za okazaną pomoc, tą duchową - gdyż z wieloma sprawami w rodzinie sobie nie radziła. Jej dzieci do Kościoła nie chodzą, z całej piątki tylko Witia jest ochrzczony, Misza przygotowuje się do sakramentów, a reszta nie chce nawet o tym słyszeć. Zraziły się. Rosa jednak nie traci nadziei i modli się za nie. Ale kiedy trzeba pomóc w kaplicy, np. przy remoncie czy sprzątaniu przychodzą bez mrugnięcia okiem, podobnie zresztą jak Andrzej, prawosławny mąż organistki, która swoją drogą także nie jest ochrzczona, choć czuje się związana ze wspólnotą. Mężczyzn nie ma prawie wcale. Rybałka jest dla nich bardziej atrakcyjnym zajęciem niż „jakieś zabobony”.

 

Od kilku lat przychodzi Jura (wcześniej prawosławny) raz z żoną – Tanią (wcześniej luteranką). Drugie dziecko ochrzcili już w katolickim kościele, na cześć papieża nadając jej imię Karolina. W zeszłym roku przyszła Walentyna, córka Polki z Kresów Wschodnich. Właściwie to chciała tylko prosić o sakrament namaszczenia dla chorej mamy, ale sama zaczęła przychodzić na Mszę. Ostatnio po raz pierwszy przystąpiła do spowiedzi i przyjęła Komunię. Jak sama mówi, poczuła się „jak nowonarodzona”.

 

Przez lata komunizmu nikt im o Bogu nie mówił, zamiast katechezy w szkołach mieli marksistowską indoktrynację. Ale teraz wszystko się powoli zmienia. Ludzie coraz częściej szukają Boga. Niestety nie wszyscy jednak mogą przystępować do sakramentów, z bardzo różnych przyczyn. Serioża - mąż Ani - nie chce się zgodzić na ślub, choć zagląda do kościoła przy okazji świątecznego „czajopicia”. Niektórzy są po rozwodzie i w drugim związku. Wiera z trójką dzieci żyje w Kuduksaju, 60 km za Chromtau. Dojazd jest drogi, a zimą prawie niemożliwy, więc w Mszy uczestniczy bardzo rzadko. Oksanka - jej córka - uwielbia przyjeżdżać do miasta właśnie ze względu na możliwość udziału w Mszy. W czasie wakacji przychodzi codziennie. Poza tym dla wielu osób w tym mieście niedziela często jest dniem pracującym. Właściwie ciągle pojawiają się nowe osoby, choć zdarza się, że szybko rezygnują. A mimo to człowiek ma nieodparte wrażenie, że jest tu prawdziwa wspólnota. Widać, że czerpią wielką radość z gromadzenia się na niedzielnej Eucharystii i czują się odpowiedzialni za kaplicę, kapłana i swoją parafię.

 

Nikomu nie przeszkadzają Karolinka i Tania biegające po kaplicy, ani nawet śpiew, który ciągle jeszcze pozostawia wiele do życzenia. Wielu rzeczy o Kościele ciągle się uczą. Nie wszyscy wiedzą jeszcze czemu np. w piątek trzeba pościć, co to jest Wielkanoc albo jak ma na imię papież. Ale są bardzo spragnieni Boga, otwarci na drugiego człowieka. Przez 4 lata opiekę duszpasterską sprawował nad nimi ks. Janusz Potok. To dzięki niemu stali się wspólnotą, uczył ich śpiewu, prowadził katechezy, w kazaniach odnosił się do życiowych problemów, dotykających ich na co dzień. Ale ks. Janusz przede wszystkim z nimi był, gotowy zawsze służyć pomocą, nie tylko tą duchową, ale także tą zwyczajną, ludzką. Lubił z nimi żartować, spotykać się, odwiedzać w domach, by poznać ich życie. Mieszkał w zwyczajnym bloku, w bardzo skromnych warunkach, więc wiedzieli że jest jednym z nich. Oni mogli liczyć na niego i on na nich. Gdy wyjeżdżał do pracy w Uralsku widać było łzy, nie chcieli go puścić, choć wiedzieli, że teraz jest potrzebny tam. Na jego miejsce przyjechał ks. Piotr. Teraz zaczyna się nowy rozdział w historii chromtauskiej parafii, ale wciąż przecież pisany przez Ducha Świętego.

 

 Mnie także w Chromtau przyjęto niezwykle ciepło. Właściwie bez cienia przesady powiem, że czułem się jak w domu. Tęsknie za uśmiechem Baby Katii, niemieckim akcentem Baby Idy, moim ukochanym szkrabem – Karolinką, niedzielnymi obiadkami u Tanii i Jury, zaczepkami Saszy ... a przede wszystkim za dobrym sercem tych ludzi. Czas jaki tam spędziłem był prawdziwie błogosławiony. Przyjeżdżając tam nie spodziewałem się nawet, że tak przywiążę się do tych ludzi, że w jakiś sposób będę częścią ich rodziny. A oni właśnie do tej swojej wielkiej parafialnej rodziny mnie przyjęli. Otworzyli przede mną swoje domy i swoje serca.

 

Właściwie to oczekują od nas tylko jednego – pamięci w modlitwie. Są przecież częścią Kościoła. Są prawdziwie Żywym Kościołem.

 

Przemek

              

 


Top 

 2010-01-02

 

Wspomnienia z Kazachstanu

Cz. II  Uralsk, Atyrau

 

Uralsk. Przez to prawie ćwierćmilionowe miasto pełne drzew i zieleni przepływa rzeka Ural, co nie jest bez znaczenia, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w Zachodnim Kazachstanie dominują stepy a o kawałek drewna czy zielonej gałązki wcale nie jest tak łatwo. Oral (bo tak brzmi nazwa po kazachsku) założony w XVI w. przez Kozaków był przez długi czas „ruskim bastionem”, ale dziś większość mieszkańców stanowią już Kazachowie. Samo miasto jest niezwykle urokliwe, ciekawa zabudowa, piękne cerkwie, a nawet żeński monastyr. Dodatkową atrakcją jest ZOO, wprawdzie niewielkie, ale za to z rozbrajającymi niedźwiadkami. Chlubą Uralska jest jednak park, którego nie powstydziłyby się europejskie stolice. Położenie nad rzeką przyciąga amatorów wiosłowania bądź szybkiej jazdy na motorówce, tudzież bananie*. W samym parku oprócz zgrabnie urządzonych alejek i miejsc do leżakowania jest mnóstwo atrakcji, począwszy od strzelnicy, poprzez przeróżnej maści karuzele a skończywszy na Shreku**. Wrażenia miejsca bajecznego nie jest w stanie zatrzeć nawet pomnik Lenina, ukryty sprytnie wśród drzew, przy jednej z bocznych alejek. Swoją drogą jego obecność wiele mówi o tutejszej mentalności i pozostałościach z czasów komunizmu. Ale Uralsk najpiękniejszy jest nocą – wtedy błyszczy i lśni tysiącem świateł i kolorów. To miasto ma duszę...

 

Gdzieś pośrodku tego miasta stoi świątynia katolicka. Do użytku oddano ją dopiero 1,5 roku temu. Jest dość duża,biorąc pod uwagę fakt, że samych katolików jest tu niewielu. Zresztą trudno ich policzyć, gdyż jedni odchodzą a na ich miejsce pojawiają się nowi. Widocznie niektórzy się zniechęcają, może stawianymi przed nimi wymaganiami? Ale są też Ci, którzy do wiary są przywiązani, a i do Kościoła zaczynają się przekonywać lub już znaleźli w nim swoje miejsce. Na sobotnie sprzątanie świątyni zawsze ktoś przyjdzie, również przy innych pracach nie brakuje chętnych. Na niedzielnej Eucharystii pojawia się coraz więcej osób i co ważne, coraz pełniej i bardziej świadomie w niej uczestniczących.

 

Powoli rodzi się Wspólnota, ta przez duże „W”, a to dzięki wspaniałym duszpasterzom. Ks Janusz Potok pracował wcześniej w Chromtau, gdzie swoje zadanie wykonał doskonale, więc teraz wziął się za uralską trzódkę i chyba wszystko zmierza w dobrym kierunku. Pomaga mu ks. Peter Sakmar ze Słowacji, a także Ewa, również ze Słowacji. No i są wreszcie najnowsze „nabytki” uralskiej załogi, czyli Elżbietanki, s. Zyta i s. Kryspina. Planują otworzyć ochronkę dla dzieciaków. Są lekcje gdy na gitarze, w salce pod kościołem jest dostępny internet. A to wciąż dopiero początek...

 

Brakuje mi tego miejsca. Tęsknie za Ewą poprawiającą wciąż ruski ks. Petera i za kazaniami ks. Janusza (choć niemniej za jego poczuciem humoru). Chciałbym znów służyć do Mszy razem z chłopakami, a potem pograć z nimi w piłkarzyki. Z chęcią zobaczyłbym postępy Edwarda na „polu liturgicznym”, wybrał się z Edgarem i Stasem do pobliskiego kina lub po prostu się powłóczył po mieście. Brakuje mi wypadów nad rzeczkę i szaszłyków Swietłany. Nosze ich jednak w sercu i wiem, że rodzi się tam wciąż Żywy Kościół. W tym miejscu wiele się nauczyłem, nie tylko przy okazji remontu domu Elżbietanek czy prac przy świątyni, ale przede wszystkim „remontując” swój własny stosunek do ludzi i Boga. Wiele dały mi rozmowy i wspólna modlitwa z Tomasem i Jurijem, którzy pracowali tam jeszcze pół roku temu. Przykład życia księży i ich zaangażowanie w urządzanie parafii (rozumianej zarówno jako budynek jak i wspólnota ludzi) też miały nieocenioną wartość.

 

Atyrau. Naftowa stolica Kazachstanu. Centrum eleganckie, nowoczesne, tylko pozazdrościć. Na obrzeżach już tak pięknie nie jest. Generalnie bieda, wszystko zaniedbane. Brak perspektyw. W dzielnicy Avangard tętni jednak życie, zwłaszcza letnimi wieczorami, kiedy dzieci z całego miasta (nawet z odległych dzielnic) zbierają się by skorzystać z boiska i placu zabaw przy tutejszym kościele katolickim. Większość to muzułmanie i prawosławni, ale to akurat nikomu nie przeszkadza. Nikt tu zresztą nikogo na siłę nie nawraca. Katolików nie ma zbyt wielu. Owszem, jest wielu obcokrajowców pracujących tu na kontraktach w rafineriach naftowych, przychodzą w sobotę wieczorem na „angielską” mszę lub na „włoską” w niedzielny wieczór. Ale  są też potomkowie zesłańców, jeszcze z czasów stalinowskich, głównie niemieckiego pochodzenia, choć nie tylko. Pierwszy kapłan przyjechał tu dopiero 10 lat temu. Na powitanie został przeegzaminowany przez jedną z babć z podstawowych modlitw, zresztą po niemiecku, ale to akurat nie był problem, gdyż ks. Janusz Kaleta (obecnie biskup) studiował w Austrii, więc egzamin u babuszki zaliczył. Ks. biskup czuwa nad całą Administraturą Apostolską Atyrau, więc  ma nie tylko wiele obowiązków na głowie, ale też i wielką odpowiedzialność na swoich barkach. Jest na szczęście ks. Piotr Kluza, który oprócz spraw duszpasterskich i urzędowych zajmuje się „radosną twórczością” konstruktorską. Zresztą chyba razem z ks. biskupem wyznają zasadę, że dzień bez majsterkowania to dzień stracony. Są też oczywiście Siostry Elżbietanki, które wśród rozlicznych obowiązków (od zakrystii po katechezę) prowadzą Centrum Duszpasterskie, a w nim m.in. świetlicę dla dzieci. Od trzech lat posługują tu też wolontariusze Ruchu Światło-Życie. Na trzecią już „zmianę” przyjechała Magda, animatorka z archidiecezji poznańskiej. Uczy języków – niemieckiego i angielskiego. Oprócz tego tak jak w przypadku K&N&J&J*** jest specem od ...wszystkiego, czyli taką diakonią do zadań specjalnych.

 

W Atyrau przebywałem krótko, choć na tyle często by zdążyć się związać z tym miejscem i ludźmi. Chyba najbardziej brakuje mi ministrantów. Te chłopaki są naprawdę nieprzeciętni. Najbardziej zżyłem się z Nikitą, Miszą i Saszą, ale jest ich tam więcej, a każdy z nich wyjątkowy. Zawsze uśmiechnięci i gotowi do psotów,  ale też do służby przy ołtarzu. Na ich przykładzie zobaczyłem co to znaczy Ministrantura. Ale czymże by była parafia bez babuszek. To przecież dzięki nim przetrwała tu wiara. Panie w parafii w Atyrau są naprawdę aktywne. Kiedy trzeba coś przeczytać na liturgii zawsze można liczyć na ciocię Nelę, Paulinę lub Ninę. Specyfiką atyrauską jest obecność obcokrajowców, ale ten rozdział akurat nie jest mi znany tak blisko jak dziewczynom, ja mogę tylko zaświadczyć, że Ci ludzie wiedzą czym jest odpowiedzialność za wspólnotę.

 

W tym miejscu zobaczyłem co naprawdę znaczy słowo służba. W tym miejscu zobaczyłem czym naprawdę jest Kościół Katolicki, a więc Powszechny. Ludzie, których tu spotkałem zawstydzają mnie swoją wiarą, taką prostą, ale za to prawdziwą. Przytoczę tylko jeden przykład. Uralsk,początek sierpnia. Odwiedził nas nastoletni Nikita z Atyrau. Na parafię przyszedł Artiom, który nie widział Nikity dwa lata. Zapytany przez niego co słychać Nikita próbując ogarnąć w myślach najważniejsze wydarzenia dwóch lat odpowiedział: mogę przyjmować Komunię Świętą! Gdy to usłyszałem zbladłem. Chłopak, który w tym okresie uczestniczył m.in. w dwóch obozach, zresztą był świeżo po jednym z nich, postanowił się podzielić ze znajomym (swoją drogą jakoś niezbyt często zaglądającym do Kościoła) właśnie faktem, że przyjął w tym roku I Komunię Św. Duma i radość, jakie rysowały się na twarzy Nikity, gdy to mówił, sprawiały wrażenie, jakby to wydarzenie było kluczowe w jego życiu. Tą scenę będę miał przed oczyma do końca życia.

 

Kazachstan ...  pod tym pojęciem kryje się tak wiele rzeczy. To kraj kontrastów i sprzeczności, urzekający pięknem krajobrazów, gór i stepów, jezior i rzek. Kraj naznaczony piętnem tragicznej historii zesłańców, ziemia tysiąca narodów, państwo z perspektywami, ale i problemami. Kazachstan to państwo szukające swojej tożsamości, to ludzie spragnieni prawdy i Boga. Kazachstan ... to miejsce w którym nie sposób się nie zakochać. Wieloma wspomnieniami i wrażeniami mógłbym się jeszcze podzielić, wiele anegdot przytoczyć, ale zostawię to już Magdzie i kolejnym, którzy tam wyjadą. No chyba, że dane mi będzie tam wrócić, wtedy znowu wtrącę tu swoje trzy grosze ...

 

Przemek

 

*Nie miałem niestety okazji doświadczyć tej przyjemności, ale z daleka wygląda zabawnie.

** Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć (najlepiej bez rozstroju żołądka).

*** Dla tych, którzy nie śledzili bloga od początku rozszyfrowuję: Kasia, Natalia, Jowita i Justyna