Teksty o pracy w Atyrauskiej Administratury Apostolskiej
Christmas in Atyrau
Kalendarium roku 2006Apostolska Administratura w Atyrau w 2005 r.
Catholic Church in the West Kazakhstan – the Apostolic Administration in Atyrau - an overview
Mniejszości narodowe w Kazachstanie - Niemcy
Wielkanoc 2000
Before Christmas and the New Year
Uczymy się
Stepie szeroki...
Kazachstan, Kazachstan...
Praca w oddalonym od Polski kraju jest wyzwaniem...
Poniższe teksty są inspirowane chęcią utrwalenia tych doświadczeń i przeżyć, które stały się naszym udziałem.
Kazachstan, Kazachstan... (Październik 1999)
Od naszego, z ks. Waldemarem Patulskim, wyjazdu do Kazachstanu upłynęło cztery tygodnie. Nie wiadomo, napisać: "dopiero", czy "aż" cztery tygodnie. Przylecieliśmy przez Budapeszt i Atyrau do Almaty, dawnej stolicy Kazachstanu.
Almaty - "Dziadek Jabłek"
Dziesięć dni pobytu w tym pięknym mieście było wypełnione po brzegi. Staramy się poznać miejscowe warunki ucząc się jednocześnie intensywnie języka rosyjskiego, zwłaszcza języka liturgicznego, który jest dla nas całkowicie nowy. Po tych pierwszych dniach, kiedy trudno znaleźć właściwe słowo, wydaje się, że robimy widoczne postępy. Mszę św. odprawiamy w języku rosyjskim, chociaż trzeba było niespodziewanie rozpocząć od angielskiego w czasie liturgii dla pracowników placówek dyplomatycznych z Almaty.
W mieście jest w zasadzie jedna parafia prowadzona przez OO. Franciszkanów: proboszczem jest Włoch, prócz tego jest też dwu Polaków i O. Howaniec, urodzony w Chicago, który został Administratorem Apostolskim Almaty i południowego Kazachstanu. Zaraz następnego dnia po naszym przyjeździe, w niedzielę 26.10. odbył się jego ingres, czyli wprowadzenie w urząd. Kościół i klasztor OO. Franciszkanów i obok sióstr Franciszkanek ze Słowacji zostały wybudowane w ostatnich czterech latach. Bardzo wyraźnie widać pracę słowackich robotników zaangażowanych przez siostry do budowy całego kompleksu � w przeciwieństwie do innych budowli w Almaty, klasztorne ściany są wyjątkowo proste i starannie wykonane.
Franciszkanie prowadza duszpasterstwo także w okolicach Almaty, w kilku wioskach w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. W dawnej, lub jak dzisiaj często się mówi: południowej stolicy Kazachstanu działają także księża włoscy z ruchu ŤCommunione e Liberationeť. Aby lepiej poznać miejscowe warunki i charakter pracy duszpasterskiej mieszkaliśmy także u nich przez kilka dni. W przeciwieństwie do franciszkanów nie maja oni jeszcze własnej parafii a zajmują się nauką języka włoskiego na miejscowych uniwersytetach. Prowadzą przy tym spotkania grup młodzieży, i organizują parafię w odległości około 70 km. Od Almaty. W sumie bardzo żywe towarzystwo z tysiącem pomysłów na działalność prekatchumenalną i ewangelizacyjną. Wiele osób z grupy prowadzonej przez nich jest pochodzenia kazachskiego.
Almaty jest siedzibą nuncjusza Stolicy Apostolskiej, ks. abpa Mariana Olesia- naszego rodaka. W czasie wojny w Zatoce Perskiej był nuncjuszem apostolskim w Iraku i Kuwejcie i bodaj jako jedyny z ambasadorów z Zachodu pozostał w Bagdadzie, by jak mówi, przekonywać miejscowe władze, że ta wojna, to nie konflikt pomiędzy chrześcijaństwem a islamem. Jego wysiłki znalazły bardzo duże uznanie na całym świecie. Został m.in. odznaczony i uhonorowany tytułem Ťsirť przez królowę Brytyjską. Potem przyjechał Ťz jedna walizkąť organizować nuncjaturę, czy tez jak tutaj mówią Ťposolstwo Watikanať w Almaty. Sekretarzem Jego nuncjatury jest mons. Józef Haak pochodzący z diecezji wrocławskiej. Przez najbliższe trzy tygodnie będziemy wielokrotnie spotykać się z nimi doświadczając życzliwości i pomocy.
Almaty, to w sumie piękne miasto, położone blisko gór, pełne zieleni, z szerokimi ulicami. Niestety wszędzie widać resztki realnego socjalizmu. Domy szare zaniedbane, ulice w bardzo kiepskim stanie, ludzie z jednej strony bez pracy, z drugiej natomiast widzi się eleganckie sklepy i drogie samochody.
Intensywne życie toczy się na bazarach, które spotkać można na każdym kroku. Można kupić niemal wszystko co potrzebne do życia: najpierw produkty żywnościowe: pyszne słodkie winogrona, soczyste granaty, smaczne gruszki i jabłka. Przy ulicy stoją hurtowi sprzedawcy mąki, kasz, cukru, makaronów i ryżu - tutaj sprzedaje się wszystko w większych ilościach. Nieco dalej stragany z mięsem, na deskach leżą całe połówki baraniny, cielęciny, mało jest wieprzowiny, chyba zarówno ze względu na specyfikę hodowli na kazachstańskich stepach, jak i z powodu religijnych nakazów islamu. Można kupić też elegancki turecki kożuszek i czapkę miejscową uszankę na największe mrozy. Skarpetki i bielizna są z Tajwanu. Jednym słowem, podobnie jak u nas; nawet miejscowe przeboje melodiami i rytmem nie odbiegają bardzo od naszego disco polo.
Bazary żyją swoim rytmem. Tutaj każdy chce sprzedać utargować, zarobić. Jakże inaczej jest jeszcze w sklepach, szczególnie tych państwowych, gdzie sprzedawca zazwyczaj nie wie, ani jaka jest cena, ani co ma w sklepie i niedwuznacznie daje do zrozumienia, że klient mu przeszkadza w pracy � cóż u nas też bywało podobnie...
Karaganda - "Czarne Bogactwo"
Po dniach spędzonych w słonecznej, ciepłej Alma-Aty przelecieliśmy starym AN 24 do Karagandy, prawie 1000 km. na północ. Przywitał nas inny, zimniejszy klimat. Od dwudziestu kilku stopni trzeba przejść do niespełna dziesięciu. To miasto, ośrodek górniczy, który jeszcze nie tak dawno miał 750 000 mieszkańców, dzisiaj liczy ich podobno około 400 tysięcy. Przede wszystkim dlatego, ze załamał się przemysł wydobywczy oparty na zasadach ekonomii komunistycznej - węgiel trzeba było stąd wozić po kilka tysięcy kilometrów do innych państw byłego ZSSR, które teraz nie maja pieniędzy, by go kupować. Kopalnie są zamykane, pobliskie huty w Temirtau nie mają zbytu na swoje produkty...
Karaganda, miasto niesamowicie rozlegle, ma jedną ogromną ciepłownię, z której gorąca woda jest rozprowadzana do wszystkich blokowisk oddalonych od siebie nieraz po kilkanaście kilometrów. Jakie są straty energii, trudno nawet wspominać. Widać tutaj w całej pełni zgliszcza gospodarki komunistycznej. Tragiczna jest jakość domów w wielkich blokowiskach - parę metrów od miejsca gdzie mieszkamy kilkupiętrowy blok zaczął pękać i się walić - teren był podmokły a fundamenty nie były do miejscowych warunków za dobrze przystosowane...
W Karagandzie jest już diecezja, oraz także seminarium dla całego Kazachstanu. Obecnie uczy się w nim 16 osób, w tym jeden kleryk z Administracji w Atyrau. Na razie są tylko dwa roczniki przygotowujące się do właściwego seminarium. Konieczne są te dwa lata wstępne, gdyż na przykład nasz kleryk pochodzi z rodziny, w której ojciec nie ma żadnego związku z Kościołem, natomiast matka jest ochrzczona w Kościele prawosławnym. On sam spotkał się z Kościołem katolickim ucząc się w szkole wojskowej w Petersburgu.
10.10.1999 r. odbył się uroczysty ingres ks. biskupa Jana Pawła Lengi. Do podziału na diecezję i trzy administracje apostolskie, był on administratorem całego Kazachstanu. Zaś przed utworzeniem misji Ťsui iurisť w Kirgizji, Uzbekistanie, Turkmenistanie i Tadżykistanie sprawował władzę nad kościołem także w tych państwach.
W Karagandzie przyglądaliśmy się pracy w parafii, gdzie bardzo intensywnie i efektywnie działają wspólnoty neokatechumenalne. Jest tam dwie rodziny: jedna z Polski (z siódemką dzieci), druga z Włoch (z ośmioma pociechami), które przyjechały na misje. Prócz tego po dwie nauczycielki z Polski i Włoch, które uzupełniają kazachstańską oświatę, ucząc dzieci języków, historii i geografii.Astana - "Stolica"
Po ingresie biskupa J.P. Lengi pojechaliśmy samochodem do oddalonej o 220 km. Astany. Przed kilku laty prezydent Nazarbajew postanowił przenieść stolicę Kazachstanu z Almaty do miasta, które nazywało się Akmoła - biała mogiła. Aby się źle nie kojarzyło, przemianowano nazwę miasta na Astana � czyli po prostu: stolica. Taki sposób tworzenia nazw jest charakterystyczny dla języka kazachskiego: np. tutejsza waluta nazywa się "Tenge", czyli po prostu pieniądze.
Stolica robi duże wrażenie: monumentalne, budowane przez 24 godziny gmachy urzędów państwowych, nowe osiedla kolorowych bloków, szerokie, dosyć dobre ulice. Także siedziba Administratora Apostolskiego ks. Tomasza Pety i kościół, wybudowane przez jezuitów i poświęcone ubiegłego lata przez kardynała Meissnera z Kolonii, są jak na tutejsze warunki imponującymi budowlami. Naprzeciw jest gmach ministerstwa spraw wewnętrznych a ulicą obok przejeżdża podobno prawie codziennie sam prezydent.
Aktiubinsk - Aktobe - "Biała Góra"
Z Astany poczciwy ŤJak 40ť kompanii lotniczej Euro-Asia Air przenosi nas o prawie dwa tysiące kilometrów do Aktiubińska. To już zachodni Kazachstan � teren Administratury Apostolskiej w Atyrau. Przylecieliśmy całą grupą: ks. arcybiskup Oleś, jego sekretarz, administratorzy z Almaty i Astany, dwaj klerycy z Karagandy. W Aktiubińsku, czy też Aktöbe jest jedyna parafia na terenie zachodniego Kazachstanu. Istnieje już wiele lat. Dawniej uczęszczali tu przede wszystkim Niemcy i pracowali duszpasterze niemieckiego pochodzenia. Obecnie pracuje tutaj ks. Tadeusz Smereczyński, a parafia zmienia swoje oblicze. W ostatnich latach większość parafian pochodzenia niemieckiego opuściła Aktiubińsk. Do pozostałej garstki dołączają jednak nowe osoby, które są przygotowywane do chrztu we wspólnotach neokatechumenalnych. Także w Aktöbe są dwie rodziny katechistów z neokatechumenalnej drogi � jedna z Hiszpanii, druga z Włoch � wraz pokaźną grupą dzieci. Są nauczycielki � Hiszpanka i Koreanka, mają przyjechać jeszcze Polka i Włoszka.
W hotelu kupuję gazetę i niespodziewanie czytam: ŤPrzybył do nas posłaniec rzymskiego papieża. W artykule można znaleźć informację o nowym podziale terytorialnym Kościoła katolickiego w Kazachstanie oraz o ingresie, który ma się odbyć w niedziele 17 października � bardzo miłe powitanie.
Kolejnym dowodem życzliwości miejscowej społeczności i władz jest udział w ingresie przedstawicieli miejscowych władz: zastępcy burmistrza, szefa wydziału kultury oraz kierownika wydziału wyznań w obłasti Aktiubinsk. Przyszedł także imam z meczetu w Aktiubińsku. Przełożony duchownych prawosławnych, który z powodu wyjazdu nie mógł się zjawić na samą uroczystość, kilka dni później przyszedł wraz z żoną i dziećmi na kolację do domu parafialnego. Ingres się udał � dopisała pogoda i goście. Nie zawiedli parafianie z Aktiubińska i okolic. Bardzo mocno brzmiały słowa pieśni śpiewanych w języku rosyjskim. Była telewizja i dziennikarze miejscowych gazet.
Po tych wszystkich uroczystościach trzeba trochę zejść na ziemię. Zaraz w poniedziałek dzwoni telefon. Pani z wydziału meldunkowego wylicza bardzo szczegółowo, kto z gości nie został jeszcze u nich zameldowany, choć upływa już trzy dni od przyjazdu. Grozi karnym wpisaniem uwagi do akt parafii � nie pomagają tłumaczenia, że oni już wyjechali, a międzyczasie była sobota i niedziela, kiedy biura nie pracują - cóż, to jednak dawny Związek Radziecki.
Przygotowujemy się do wyjazdu nad Morze Kaspijskie, gdzie trzeba będzie rozpoczynać pracę. Jeszcze tylko kilka wizyt. Idziemy z ks. proboszczem do rektoratów miejscowych wyższych uczelni. Zgodnie z oczekiwaniami jest pewne zapotrzebowanie na naukę języka polskiego. Kazachowie uważają, że może się on kiedyś w życiu przydać. Może także z polskiej strony potrzeba większego zainteresowania tym ogromnym krajem. Na każdym kroku można tu kupić produkty węgierskie, słowackie, niemieckie a naszych wyrobów bardzo niewiele.
Wicerektor Akademii Medycznej bardzo chętnie zaprasza, by w następnym semestrze przeprowadzić u nich kilka wykładów z bioetyki. Jeszcze bardziej wylewny jest sam rektor. Obiecuje leczyć miejscowych parafian za darmo, przyjąć bez problemu na studia medyczne kogo trzeba, byle jednak jak najszybciej zorganizować dla nich pomoc humanitarną: potrzebują leków, aparatury medycznej, środków opatrunkowych � jednym słowem wszystkiego. Z jego słów bardzo jasne staje się dlaczego w Kazachstanie do szpitala należy zgłosić się z własnym prześcieradłem i nie ma co liczyć na jakąkolwiek ubezpieczalnię...
Zobaczymy, może uda się coś zrobić także w tej dziedzinie.
Stepie szeroki, którego okiem, nawet sokolim nie zmierzysz... (Listopad 1999)Powiedzenie, że w Polsce łatwiej i szybciej można byłoby zarejestrować czołg, niż w Kazachstanie samochód jest z pewnością odrobinę przesadzone. Niemniej od zakupu Wołgi 3110, do chwili, kiedy można nią było poruszać się bez drżenia, że za chwilę jakiś policjant powie stop i będą kłopoty upłynął dobry tydzień załatwień. Wyposażeni we wszystkie, jak się nam wydaje, papiery wcześnie rano, we czwartek 28 października wyruszamy do Atyrau. W Aktiubińsku o godz. 7:00 jest jeszcze ciemna noc, dlatego błogosławimy pomysł, by wcześniej zapoznać się z wyjazdem z miasta. Polskie drogi w porównaniu z tutejszymi arteriami komunikacyjnymi wydają się wręcz przykładnie oznakowane. Pierwsze sto kilometrów upływa dosyć szybko, potem rozpoczyna się zmaganie z niemal każdym metrem.. Owszem, z pozoru prosta, sięgająca po horyzont linia drogi wydaje się łatwą do przebycia. Jednak jazda po niej to ustawiczny slalom, aby ominąć czyhające na każdym kroku głębokie nieraz na pół samochodu wyrwy w asfalcie. Już po kilku kilometrach spostrzegamy na felgach kolejne zagięcia. Trzeba zmienić styl jazdy. Stosunkowo dobrze poruszać się szerokim żwirowym poboczem a jeszcze lepiej zjechać po prostu na wyjeżdżone w stepie ścieżki. Tam jest przynajmniej równo. Nie, nie odważamy się rozwijać olbrzymich prędkości, bo nie wiadomo co będzie za następnym pagórkiem i trzeba uważać, by nie zgubić z oczu właściwej drogi. Mozolnie pokonujemy kolejne kilometry, udaje się nawet zatankować nasz pojazd, co też wymaga specjalnych umiejętności. Z biegiem czasu zaczyna siąpić deszcz a rozjeżdżona droga zdaje się być raczej w budowie. Ks. Waldemar przywołuje cały kunszt kierowcy i przejeżdżamy wiadukt nad linią kolejową. Niestety, tonąc w błocie, widzimy, że szosa się niestety urywa � rzeczywiście, przejechaliśmy przez wiadukt, który jeszcze nie został oddany do użytku...
Jadąc z drugiej strony nikt takiego błędu nie popełni, bo pomiędzy starą a obecnie budowaną drogą jest kilkadziesiąt metrów bagnistego terenu. Do tego w jednej z opon naszej Wołgi nie ma powietrza. Zmieniamy koło, jakimś cudem po stepie dojeżdżamy do asfaltu. Teraz pozostaje modlitwa, by nie odmówiło posłuszeństwa kolejne koło. Wreszcie po ponad dwunastu godzinach przebyliśmy te sześćset kilometrów i jesteśmy w Atyrau.
Centrum miasta robi pozytywne wrażenie. Szerokie, oświetlone ulice, odnowione fasady domów. Znajdujemy hotel, który będzie przez najbliższy tydzień naszym domem.Griaz - błoto
Griaz, to jedno ze słów, które można najszybciej sobie przyswoić w Atyrau. W ciągu lata z otaczających miasto stepów a właściwie pustyni, przywiewane są duże ilości kurzu. Zalega on na ulicach, wciska się w każdy kąt, aby zmienić się w błotnistą maź już pod wpływem kilku kropli deszczu, którego tu wcale nie brakuje późną jesienią. Okazuje się, że pustynny charakter nadkaspijskich okolic wypływa nie tylko z braku wody w ciągu lata. Tutaj po prostu było kiedyś morze i ziemia jest tak zasolona, że wyrastają na niej tylko najbardziej odporne rośliny. Niestety, kanalizacja w Atyrau w zasadzie nie działa a wysiłki, by zebrać z ulic zalegające błoto nie na wiele się zdają. Trafiliśmy, jak podkreślają mieszkańcy Atyrau, w najmniej przyjemnym okresie, kiedy rzeczywiście griaz daje się bardzo mocno we znaki.
Registracje, rejestracje.
Następnego dnia po przyjeździe rozpoczynamy naszą wędrówkę po miejscowych urzędach. Na samym początku trafiamy do wydziału migracji w gmachu wojewódzkiej (obłasnej) komendy policji. Musimy uzyskać zameldowanie w Atyrau. Nie jest to bynajmniej łatwe, gdyż nie zamierzamy ukrywać, że jesteśmy księżmi i przyjechaliśmy podjąć pracę duszpasterską. Po dłuższych konsultacjach zostajemy odesłani do akimatu oblastii, czyli urzędu wojewódzkiego, aby uzyskać pismo potwierdzające, iż tenże urząd nie ma nic przeciwko naszemu przebywaniu w Atyrau a nawet nas zaprasza. Umawiamy się, że stosowne pismo zostanie przesłane telefaksem. Rozpoczęło codzienne pytanie, czy może już wszystko gotowe. Po kilku dniach daremnego oczekiwania trafiam wreszcie, nieco niepewny, przed oblicze samego szefa wydziału meldunkowego, który zza wielkiego biurka, w milicyjnym mundurze z grobową miną weterana wojny z wrogami komunizmu, słucha o naszym oczekiwaniu na faks z akimatu i szalonym pragnieniu zalegalizowania naszego pobytu w Atyrau. Wreszcie oznajmia głosem nie znoszącym sprzeciwu: „ja otkazał etot fax" (odmówiłem ten faks) i po chwili dodaje: „przywieźcie pismo osobiście�. Rozmowa z sekretarką wyjaśnia całkiem niespodziewanie tajemnicę podłego humoru naczialnika: po prostu zabrakło papieru w ich faksie i nie są w stanie szybko go zdobyć. Kłopot skończył się wreszcie. Po tygodniu oczekiwania mamy w paszportach wbite pieczątki legalizujące na cały rok nasz pobyt Atyrau.
Do byłego KGB wybierzemy się chyba znowu. W międzyczasie dziennikarka miejscowej gazety o wdzięcznej nazwie Prikaspiskaja Kommuna, mającej ciągle na pierwszej stronie herb z sowieckich czasów, z życzliwością radzi, aby poszukać informacji dotyczących katolików i Polaków w tym właśnie urzędzie...
Pominąwszy całą ślamazarność, niepewność i jakąś nieporadność tutejszej biurokracji trzeba jednak podkreślić nadspodziewaną życzliwość prawie wszystkich urzędników, z którymi dane się nam było zetknąć. Szczególnie odczuwalne jest to przy oficjalnych spotkaniach w przedstawicielami Rady Miasta i Urzędu Obłasti. Po usłyszeniu, że nie przychodzimy po pomoc finansową a może nawet sami w czymś tam możemy być pomocni, szybko zauważają, że budynek kościelny może upiększyć wizerunek miasta a jeszcze lepiej byłoby, gdyby wybudować jakiś szpital, albo szkołę.Bracia w wierze
W Atyrau mieszka podobno obecnie ponad 80% Kazachów. Spośród dwutysięcznej mniejszości niemieckiej pozostało około 500 osób. Wyjeżdżają masowo do Rosji tutejsi Rosjanie. Polaków nigdy nie było zbyt dużo, teraz może znajdzie się kilka osób. Jest trochę Koreańczyków, Dagestańczyków, mieszkańców innych krajów Kaukazkich oraz pracownicy zagranicznych firm z USA, Wielkiej Brytanii, Turcji Włoch.
Mówi się, że Kazachowie są muzułmanami. Wydaje się, że przede wszystkim nominalnie i na mocy tradycji. W Atyrau meczet dopiero jest tu w budowie. Istniejącego domu modlitwy prawie nikt nie jest w stanie nam wskazać. Z doświadczeń księży pracujących w Kazachstanie wynika jednak, że m.in. ze względu na bardzo silne zależności rodzinne, trudno osobom pochodzenia kazachskiego przyjąć chrzest.
Po przyjeździe dosyć szybko trafiliśmy do cerkwi prawosławnej. Wybudowana w drugiej połowie XIX w. przez kupca rosyjskiego góruje nad miastem. W któreś popołudnie spotykamy tu obydwu batiuszków, pracujących w Atyrau. Tutejszy proboszcz, O. Grigorij życzliwie wypytuje jakie mamy plany, skąd przyjechaliśmy, dlaczego do Atyrau. Dzieli się swoją troską, że coraz mniej tu prawosławnych, bo wszyscy wyjeżdżają, widząc, że do otrzymania pracy i jakiegokolwiek awansu potrzebna jest nie tylko znajomość języka kazachskiego, ale i kazachskie pochodzenie. Młodszy, długowłosy, długobrody, śpiewający niskim basem O. Michaił rozmawia bardzo serdecznie, zaprasza nawet: „przyjedźcie, rozpalimy ruską banię, porozmawiamy". Nie czuje się u nich tego dystansu i przekonania, że będą problemy, które dał poznać w rozmowie telefonicznej prawosławny patriarcha Antoni z Uralska.Przypadkowo dowiadujemy się, że działa w Atyrau także pastor baptystów. Zdobywamy telefon do niego i jedziemy na spotkanie. Okazuje się on miłym starszym człowiekiem. Przyjechał ze swoją żoną z USA, lecz urodził się w Południowej Korei. Wykształcenie teologiczne zdobył w seminarium prezbiteriańskim, potem był przez dwa lata katolikiem, ze względu na swoją sympatię � dobrą katoliczkę, jak mówi. Chyba jednak nie stanął z nią na ślubnym kobiercu, bo obecnie jest przekonanym baptystą. Planuje pracować przede wszystkim wśród Kazachów organizując naukę języka angielskiego oraz kursy komputerowe w połączeniu ze szkołą biblijną. Na razie zbiera na czytanie Pisma św. osoby pochodzenia koreańskiego, których nie brakuje w Atyrau. Już po kilku minutach rozmowy oddychamy spokojnie. Możliwe będzie chyba współdziałanie z nimi. W każdym razie pastor bardzo daleki jest od bojowych nastrojów przedstawicieli innego, podobno chrześcijańskiego kościoła, którzy odesłali naszego kolegę z Aktiubińska do „cziortowej mati�.W Atyrau działają także adwentyści, ich dom modlitwy znajduje się o kilkaset metrów od naszego mieszkania. Są także świadkowie Jehowy...
Ul. Lenina 5 b, kvartira 15
Paradoksalne może się wydawać, że mieszkanie znaleźliśmy na ulicy, która ciągle znana jest w Atyrau pod mianem wodza rewolucji, chociaż podobno w międzyczasie nazwa się zmieniła. Wcale nie polepsza nam humoru stwierdzenie, że wszystkie te budynki z pewnością wznosili sabotażyści i wrogowie komunizmu, bo nie można znaleźć nawet jednej prostej ściany. Nie możemy jednak narzekać, wręcz przeciwnie, szczęście się chyba trochę do nas z ks. Waldemarem uśmiechnęło. Jesteśmy blisko centrum miasta. Mieszkanie nie wymaga generalnego remontu, ot trochę kosmetyki. Rano w południe i wieczorem jest woda. Nasz blok, jak podkreśla właściciel mieszkania, ma już ponad dwa lata, a piwnice jeszcze nie zostały zalane (wysoka woda w piwnicach jest nierozłącznie związana z tutejszymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi centralnego ogrzewania oraz kanalizacji).
Na razie pod wskazanym adresem rozpoczęliśmy lekcje j. niemieckiego i kultury religijnej. W soboty i niedziele przychodzi do nas około dziesięć osób. Ochrzczeni byli najczęściej w cerkwi prawosławnej. Większość mówi: jesteśmy luteranie. Religię znają jednak raczej tylko ze słyszenia a i z niemieckim raczej kiepsko.
Kto do nas jeszcze trafi na ulicę Lenina. Na razie Mszę św. odprawiamy bez udziału wiernych modląc się, by jak najszybciej ta sytuacja uległa zmianie.
Catholic Church in Atyrau Before Christmas and the New Year (grudzień 1999)The new Apostolic Administration of the Catholic Church in West Kazakhstan will soon celebrate its first Christmas and New Year. In our Apostolic Administration, we have only one Catholic parish in Aktobe.
Fr. Tadeusz Smereczynski lives and works there. Fr. Waldemar Patulski and I started our pastoral work in this huge territory (736.100 km2) only two months ago. Since the end of October, we have lived in Atyrau. This is the very beginning of the official Catholic Church in this town. We have already found some Catholics among the German minority and workers from outside of Kazakhstan.Fr. Waldemar and I have only limited opportunities for ministry right now. We celebrate Holy Mass and hear confessions each day in our apartment in Atyrau, on Lenin Street, 5 B/15. I began teaching German language classes for some people. During the Christmas season, I hope it will be possible to celebrate the Holy Mass for the Catholic people here. They have never had possibilities to take part in the liturgy in Atyrau and to meet other workers who stay here, thousands of miles from home. One the one hand, this is not very much. On the other hand, we can say the Catholic Church is truly present here. We can better understand this world now. At last, the people in Atyrau have possibilities to see Catholic priests, very often for the first time.
Every day we meet very different, but mostly very friendly people: government officers, bazaar merchants, the old, deep believers (babushkas), and young energetic businessmen. We meet Kazakhs, Russians, Germans, and Americans. We meet Moslems, Orthodoxs, Baptists, Catholics, unbelievers, and communists.
What do we wish you, and all these people for the New Year 2000? What can and do we want to do here?
I believe the time will come when our ministerial activity here will be much greater. For now, this is a time to pray for this society. We pray especially for the people who are living in very difficult situations, without work and opportunities. We pray for the poor, the sick, and the hopeless. I believe Jesus can give power to life . . .
We must pray for Tshetshenia --- which is not far from here --- that there will be the spirit of religious tolerance and peaceful co-existence with all men, with our brothers from all the Churches of Christ, and with all people who are separated from their religion and nationality . . .
It is our common experience: we are busy, and we meet many very busy people. They are hard working. They want to have a better position in the society. They have some problems . . . I also see, we have to pray that each one of us will show the better parts of our personality during this holy season, and every day of the New Year. May we pay more attention to our brothers in need so that they can truly feel that God is born for us in Jesus Christ.
The life of every man and woman depends on God and other people. We have to pray that we can experience God�s love, goodness, power, and help through each other. We pray with and for the lowly ones, and all people, that they may always be paramount, and that they may have the opportunities to stay on the top in this world. In all things, we pray that in us God will be visible too.
I want to invite all, especially Catholic men and women who live and work in the region of Atyrau, to pray with us during these days. You can call us: tel. 31222 54310. It would be good, especially if you have to stay far from home these days, to give priority to the religious importance of celebrating Christmas and the 2000th anniversary of the Birth of Our Lord Jesus Christ.
Uczymy się Kazachstanu (marzec 2000)Czas upływa szalenie szybko. Z wolna zapominamy już o naszych pierwszych krokach w Atyrau. Dzisiaj coraz więcej ludzi poznaje nas na ulicy. Powiększyło się grono uczących się języka niemieckiego, jakoś przebijamy się przez gąszcz tutejszych przepisów. Przygotowujemy kilka osób do chrztu, komunii św. Prawdopodobnie już w najbliższym czasie rozpoczniemy starania o pozwolenie na budowę centrum parafialnego. Coraz lepiej zdajemy sobie jednocześnie sprawę z tego, że jest to dopiero początek początku Kościoła katolickiego na tych terenach, gdzie panuje jednak inna od europejskiej mentalność a zrozumiały dla nas język rosyjski bardzo szybko staje się dla miejscowych obcym.
Język kazachski
W Atyrau mówi się najczęściej po kazachsku. Oczywiście, wszyscy znają język rosyjski, ale spośród około dziewięćdziesięciu procent mieszkańców pochodzenia kazachskiego duża część nie bardzo lubi używać tego, do niedawna najważniejszego języka. W bardzo dobrym tonie jest zaproponować obcokrajowcowi zaproponować rozmowę po angielsku. Na początku niezawisłości Kazachstanu były tendencje, by całkowicie wyeliminować język rosyjski. Nie jest to łatwe, gdyż na razie nie ma np. podręczników napisanych po kazachsku, specyficzne słownictwo techniczne w wielu dziedzinach po prostu nie istnieje, urzędnikom którzy rozmawiają prywatnie po kazachsku łatwiej jest jednak na razie pisać po rosyjsku. Tendencja jest jednak jasna: w ciągu kilku następnych lat język rosyjski będzie stopniowo eliminowany z życia publicznego.
Także my staramy się opanować choćby podstawy kazachskiego. Należy on do jednej rodziny m.in. wraz z tureckim, tatarskim i kirgiskim. Istniejący alfabet składa się z 42 liter i jest oparty na grafice cyrylicy. Jest dodatkowo osiem specyficznych dla języka kazachskiego liter a i te istniejące w alfabecie rosyjskim wymawia się często inaczej. Nie jest to łatwy język. Słownictwo, aczkolwiek z wieloma zapożyczeniami z j. rosyjskiego, jest jednak w swoim rdzeniu trudne do opanowania, szczególnie wymowa sprawia wiele kłopotów. Gramatyka, jak twierdzą bardziej wtajemniczeni, nie należy do bardzo skomplikowanych, ma jednak swoje tajemnice. W odmianie rzeczowników jest aż osiem przypadków, końcówki w poszczególnych przypadkach zmieniają się w zależności od brzmienia rdzenia słowa. Prócz koniugacji konieczne jest nawet w prostych zdaniach używanie czasowników posiłkowych. Cieszy jednak każdy zrozumiany wyraz, który udaje się wyłowić z potoku szybko wypowiadanych po kazachsku słów.
Polacy w zachodnim Kazachstanie
W Zachodnim Kazachstanie nie ma dzisiaj wielu Polaków. Dopiero na początku naszego jubileuszowego roku w Aktiubińsku zawiązało się pierwsze Stowarzyszenie Polaków pod nazwą ŤŚwiatłoť należy do niego około osiemdziesięciu osób, które powołują się na swoje polskie pochodzenie. Stosunkowo szybko uzyskali oni oficjalną rejestrację swojej organizacji i teraz szukają możliwości dla nauczania języka polskiego, starają się zdobyć podręczniki, słowniki i inne pomoce potrzebne, by poznać historię i kulturę swoich przodków.
Inżynier Michał Bogusz
Po kilku tygodniach pobytu w Atyrau, wypełnionych szukaniem kontaktów z katolikami tutaj żyjącymi, trafiliśmy na historyczne ślady pobytu naszych rodaków. Jedna z pracownic tutejszego urzędu obłasti (urzędu wojewódzkiego) zajmuje się dokumentacją naukową losów przesiedleńców i obcokrajowców na terenie przykaspijskim. Na podstawie archiwalnych dokumentów napisała ona m.in. tekst o Polaku pochodzącym z Wilna, który w pionierskich czasach przemysłu naftowego na tym terenie pełnił kierownicze funkcje w Dosorze i Makacie - miejscowościach położone 100 � 150 km. od Atyrau - dawnego Gurjewa.
Michał Bogusz ukończył w 1898 r. szkołę kolejową w Wilnie, a następnie pracował na kolei w mieście Gatczyn. W 1907 r. wstąpił do Instytutu Górnictwa w Petersburgu i po jego ukończeniu w 1913 r. został skierowany do Emby w Kazachstanie, gdzie został pomocnikiem geologa przedsiębiorstwa o nazwie „Kolchida�. W roku 1915 został pomocnikiem kierującego przedsiębiorstwem „Uralska nafta� a w 1917 r. kierownikiem przedsiębiorstwa „Emba� w którym pracował do 1 kwietnia 1921 r.
Zachowała się ankieta, która wypełniał inż. Bogusz. Na pytanie, czy chce wyjechać ze związku Radzieckiego odpowiedział, że tak, „pragnie wyjechać do Włocławka w guberni Warszawskiej�.
Ostatnie wspomnienie o Michale Boguszu pochodzi z protokółu posiedzenia zarzadu przedsiębiorstw Uralo-Embskiego rejonu z 10.czerwca 1922 r. postanowiono na nim uhonorować inżyniera Bogusza, jako „rzadko spotykanego uczciwego, dokładnego i oddanego pracy człowieka, który umarł w Baku w lutym 1922 r�. Jego imieniem został nazwany parostatek pływający po rzece Ural. Dzisiaj pewno nie pamiętają tej nazwy najstarsi mieszkańcy Atyrau. Statek inżynier Bogusz został bowiem w latach trzydziestych nazwany „Nieftjanik�.
Inżynier Bogusz, żyjąc w nadkaspijskich terenach w burzliwych czasach rewolucji i wojny domowej pozostawił po sobie wspomnienie. Zadziwiające jest, że przedstawiciel „władzy ludowej� uhonorowali tego człowieka, który pracował i należał do poprzedniego systemu a następnie zdecydowanie chciał opuścić te tereny.
Z zachowanych wspomnień wynika, że była to bardzo wyrazista osobowość: wrażliwy, życzliwy i energiczny. 31 stycznia 1920 r., po zajęciu tych terenów przez armię czerwoną, to właśnie on, jako były główny inżynier „Towarzystwa Naftowego Braci Nobel� składał raport z Dosoru o stanie przemysłu naftowego. Bogusz informował, że w momencie wybuchu wojny z ukraińskimi kozakami zakłady wydobywcze zostały zamknięte a złoża odcięte i zablokowane. Wojsko kozackie zarekwirowało zarówno paliwo, jak i wszystkie samochody, łodzie i barki, które należały do przedsiębiorstwa. Inżynier Bogusz pisze o niechlujnym użytkowaniu tych dóbr. Przy odejściu białogwardziści podjęli próbę spalenia zakładów, co się jednak nie udało.
Wiadomo, że po zajęciu okręgu gurjewskiego (okolic Atyrau) przez zwolenników rewolucji w styczniu roku 1920 r. przeprowadzono nacjonalizacje przemysłu naftowego w tym rejonie. Nowe władze starały się za wszelką cenę zatrzymać przynajmniej przez jakiś czas specjalistów z zakładów wydobycia ropy naftowej. Duża część z nich byli to obywatele innych państw, prócz Michała Bogusza w Dosorze pracował też w charakterze mistrza wiertniczego inny Polak: Jakub Wierdak oraz Władimir Lindwal � Fin z pochodzenia, Grek: Rafael Fabiani, Jan Bott � Niemiec.
Michał Bogusz po przejęciu władzy przez bolszewików pozostał w Dosorze przez kilka miesięcy. Nowym władzom dał się poznać jako człowiek dbający o dobro i bezpieczeństwo robotników. Zachowało się np. pismo z września 1920 r., w którym Bogusz domaga się, aby nowych pracowników koniecznie zapoznać maszynami, które mają obsługiwać. Niezbędne jest to zwłaszcza dlatego, że mało pozostało wykwalifikowanych pracowników, a wśród tych, którzy podjęli dopiero pracę mnożą się wypadki.
Żanna Kowżasorowa kończy swój artykuł o Michale Boguszu następującymi słowami:
„W surowym warunkach klimatycznych, pokonując olbrzymie trudności pracowali wspólnie Rosjanie i przedstawiciele innych narodów, którzy w organizując badania geologiczne, budując zakładów wydobywczych, przeprowadzając wiercenia przyuczali miejscowych koczowników do nowych zawodów. Szczególnie w latach dwudziestych, kiedy formowała się miejscowa kadra pracowników przemysłu naftowego duża zasługę można przypisać takim ludziom jak Michał Bogusz.�Dzisiaj w przemyśle naftowym na miejsce pionierów zakładających pierwsze zakłady i bohaterów pracy socjalistycznej, którzy rzeczywiście mimo wszelkich zastrzeżeń co do systemu, pozostawili jednak nieco ciekawych budynków mieszczących domy kultury, kina, biura przedsiębiorstw wchodzą pracownicy międzynarodowych spółek. Trudno na razie wyrokować o tym, jakie będzie na dłuższa metę ich oddziaływanie na miejscową kulturę i mentalność. Obserwując działalność największego na tych terenach przedsiębiorstwa trudno jednak zdobywać się na wielki optymizm.
Tengizchevroil joint venture
Około trzysta kilometrów od Atyrau znajduje się jedno z największych pól naftowych na świecie. W 1993 r. prawa do czterdziestoletniej eksploatacji tego zdobyła firma Tengizchevroil (TCO). Poszukując możliwości spotkania katolików trafiliśmy do położonej w niemal szczerej pustyni tzw. �wioski rotacyjnej � Tengiz�. Mieszka tam jednocześnie około pięciu tysięcy osób: Amerykanie, Anglicy, Szkoci i Kazachowie, Węgrzy, mieszkańcy niemal całego byłego Związku Sowieckiego, oraz dosyć dużo Turków. Większość z nich pracuje w głównym przedsiębiorstwie, duża część w firmach obsługujących TCO buduje, sprząta, przygotowuje posiłki, pilnuje porządku. Pracownicy przebywają w Tengiz najczęściej około trzech miesięcy następnie mają miesięczną przerwę. Miejscowi pracują około dwu, trzech tygodni w miesiącu.
Prawdopodobnie jest tam wielu katolików. Niestety nie będzie łatwo do nich dotrzeć. Praca w Tengiz rozpoczyna się o godzinie 6:00, pół godziny wcześniej wyjeżdżają autobusy w kierunku mniej lub bardziej oddalonych od wioski pól naftowych. Z powrotem wracają po ponad dwunastu godzinach, przed 19:00 wieczorem i tak przez siedem dni w tygodniu. Aby wejść do ogrodzonej i skrupulatnie pilnowanej wioski trzeba otrzymać pozwolenie z samej dyrekcji TCO, która jednak pozostaje głucha na nasze prośby. Na razie nawiązaliśmy kontakty z grupą chrześcijan z różnych kościołów, którzy raz, lub dwa razy w ciągu tygodnia zbierają się na modlitwę i czytanie Pisma św. Miejmy nadzieję, że wcześniej, lub później uda się przynajmniej raz w miesiącu sprawować Mszę św. w tym miejscu, gdzie wszystko jest podporządkowane efektywnej pracy a wobec prawie całkowitego braku wolnego czasu, także dla religii nie przewidziano miejsca.
Wielkanoc 2000 (kwiecień 2000)W czasie Wielkanocy mieliśmy u nas prawie "tłumy" - w sobotę było prawie dwadzieścia osób na wigilii paschalnej z chrztem trzech dorosłych osób (średnia 55 lat). W niedziele trafiło do nas, prócz „normalnych parafian" jeszcze siedem osób z firm zagranicznych. Z wolna nasza obecność staje się dostrzegalna , chociaż bez wątpienia mieszkanie w bloku nie sprzyja bardzo duszpasterstwu.
Aktau � Biała Góra
W poniedziałek wielkanocny po dwudziestogodzinnej podróży pociągiem dotarłem do Aktau - dawnego Szewczenko, miasta położonego 800 km. na południe od Atyrau. Jeszcze stosunkowo niedawno było ono tajne i zamknięte dla obcych ze względu na kopalnie i zakłady wzbogacania uranu. Na starszych mapach widnieje co prawda Fort Szewczenko, lecz jest to osiedle oddalone o 150 km. od Aktau. Do dzisiaj pociągi pasażerskie dojeżdżają tylko do oddalonego o 15 km. Mangystau, od którego bierze nazwę cała obłast � dalej trzeba pojechać autobusem, lub taksówką. Dzisiaj zakłady wzbogacania uranu, które nie tak dawno były bardzo pilnie strzeżone, stoją bezczynne i opuszczone. Podobne wrażenie sprawiają jedne z największych w byłym sojuzie zakłady chemiczne. Rozwijają się natomiast przedsiębiorstwa zajmujące się poszukiwaniem i eksploatacją złóż ropy naftowej i gazu ziemnego. Wśród tego międzynarodowego towarzystwa znaleźli się także Polacy z Krakowskiego Przedsiębiorstwa Poszukiwania Nafty i Gazu. Ma ono na razie jedną wieżę wiertniczą na oddalonym o 300 km. od Aktau polu naftowym w Karakuduk, planowany jest jednak już w najbliższym czasie dalszy rozwój przedsiębiorstwa. Wśród czternastoosobowej kadry polskiej pracującej na polu naftowym większość pochodzi z woj. Małopolskiego. Jest nawet dwu rodaków ks. Waldemara z Radłowa. Pracują oni, jak się to tutaj mówi, w systemie wachtowym - pięć tygodni na wiertni i następne pięć w domu.
Aktau to rzeczywiście ładne miasto, położone na wysokim, kamienistym brzegu Morza Kaspijskiego. Nie tak dawno wybudowane bloki skupione w dwudziestu kilku mikrorajonach (osiedlach) mieszczą ponad stu czterdziestotysięczną ludność. Na ulicach nie ma typowej dla Atyrau griazi. Mimo to liczni na ulicach miasta weterani wojny i walki o rozwój socjalizmu, którzy nawet w powszedni dzień do znoszonych garniturów przypinają liczne medale, z nostalgią wspominają w czasie pół-publicznych dysput przy szklaneczce na skwerkach i placach sowieckie czasy, kiedy żołnierze sprzątali bardzo dokładnie ulice i w ogóle był porządek.
Aktau jest otoczone pustynią i jednym z najpoważniejszych problemów jest brak wody pitnej. Zaradzono temu budując bodaj jedyną w byłym ZSRR stację uzdatniania wody morskiej, która czerpie energię z pobliskiej elektrowni atomowej. Pan Krzysztof Adamczak, szef kazachstańskiego oddziału wspomnianego wyżej krakowskiego przedsiębiorstwa twierdzi, że o dziwo po przeprowadzeniu badań okazuje się, że woda pitna co prawda nie jest zbyt smaczna, ale jej tło radioaktywne nie odbiega od tego z Krakowa.
W Aktau trafiłem najpierw do stowarzyszenia niemieckiego „Wiedergeburt�. Szef tej organizacji jest aktywnym członkiem kościoła Nowoapostolskiego, natomiast główną księgową żona miejscowego „księdza� nowoapostolskiego, trzydziestosześcioletniego sympatycznego prawnika, który jak opowiada dopiero od dwu lat należy do tego kościoła a nie tak dawno otrzymał święcenia od „apostołów� przyjeżdżających przynajmniej raz w miesiącu z Niemiec. Kościół nowoapostolski ma około 80 wyznawców. Duża część z nich jest pochodzenia niemieckiego. Wg ostatniego spisu ludności w obłasti mieszka 556 Niemców a także 77 Polaków. W porównaniu z Atyrau jest dużo więcej Rosjan i innych „europejskich� narodowości. Zobaczymy, może uda się w przyszłości bardziej aktywnie prowadzić duszpasterstwo w tym mieście, które robi bardzo sympatyczne wrażenie. Na razie jednak szybko trzeba powrócić do atyrauskiej rzeczywistości. Staramy się teraz o ziemie pod budowę kościoła i domu parafialnego. Mam nadzieje, ze uda się pozałatwiać wszystkie formalności do końca czerwca.
Mniejszości narodowe w KazachstanieNiemcy*
Mówiąc o problemach Kościoła katolickiego w Kazachstanie zwraca uwagę to, że jaszcze kilkanaście lat temu był to przede wszystkim kościół Niemców i Polaków. Chciałbym przybliżyć ciekawą i tragiczną a chyba także niezbyt dobrze znaną historię Ťrosyjskich Niemcówť, którzy dostali się na tereny Azji Środkowej przede wszystkim w latach II wojny światowej. Ich obecność na terenach imperium rosyjskiego ma jednak znacznie dłuższą historię.
Początki obecności i planowa akcja kolonizacyjna
Niemcy osiedlali się w Rosji już w średniowieczu. Za czasów Iwana Groźnego (1533-1584) zostali sprowadzeni właśnie z Niemiec specjaliści z różnych dziedzin: budowniczy, architekci, lekarze oficerzy. W Moskwie powstała na przedmieściach niemiecka dzielnica „Niemiecka swoboda� w której w dzieciństwie miał bardzo często przebywać car Piotr Wielki, który po dojściu do władzy obsadził wiele kluczowych stanowisk ludźmi pochodzenia niemieckiego. W tym czasie jednak tylko w dużych miastach: Moskwie, Odessie, Petersburgu żyły większe, zorganizowane grupy Niemców.
Planowa akcja kolonizacyjna rozpoczęła się za panowania carycy Katarzyny II (1762- 1769) i szczególnie intensywnie rozwijała się w czasie panowania jej następców: Pawła I (1796-1801) i Aleksandra I (1801- 1825).
W Rosji istniały olbrzymie, niezamieszkane przestrzenie. Szczególnie po wojnach z Turcją pod koniec XVIII stulecia doszło do opustoszenia terenów południowej Ukrainy. Aby zagospodarować te tereny Katarzyna II wydała 22 lipca 1763 r. manifest w którym zapraszała obcokrajowców do osiedlania się w Rosji. Najważniejsze obietnice tego manifestu zawierały się w następujących punktach:
Pozwalamy wszystkim obcokrajowcom osiedlać się we wszystkich guberniach. Wszystkim przybyłym do naszego państwa pozwalamy na swobodne wyznawanie swojej religii wg zwyczajów kościelnych. Wszyscy osiedlający się na stałe będą wolni od zwyczajnych i nadzwyczajnych powinności na rzecz państwa; każdy kto osiedlił się na terenie niezamieszkałym przez lat 30, inni przez 5-10 lat. Wszyscy osiedleńcy nie będą wbrew ich woli zmuszani do służby wojskowej i służb cywilnych.
Wobec kolonistów zastosowano szczególne regulacje w sprawie własności ziemi. Otrzymali ją oni „na wieczne posiadanie�, jednakże nie jako własność prywatną poszczególnych ludzi, lecz dobro należące do całej kolonii (gminy). Nie wolno było tej ziemi sprzedawać i dzielić bez wiedzy i woli władz. Koloniści mogli jednak bez przeszkód rozszerzać swoje dobra poprzez zakupy od prywatnych właścicieli. Obowiązywało prawo minoratu, tzn. dziedzicem był najmłodszy syn. Koloniści byli, w przeciwieństwie do chłopów w Niemczech i rosyjskich chłopów bezpośrednio poddanymi cara.Nic dziwnego, że przywileje zapowiedziane przez carat przyciągnęły uwagę uciemiężonych przez poddaństwo, obowiązkową służbę wojskową i liczne wojny mieszkańców Niemiec; przede wszystkim Hesji i Niemiec południowo-wschodnich.
Główne fale przesiedleńców popłynęły z Hesji w latach 1763-1767 w kierunku regionów nadwołżańskich a następnie w pierwszych latach dziewiętnastego wieku nad Morze Czarne. Z Gdańska i Prus Wschodnich w latach 1789-1804 wyszli liczni menonici** , których car Paweł I zwolnił dekretem z 6 września 1800 ze służby wojskowej i cywilnej oraz obowiązku składania przysięgi w sądzie. Osiedleni wcześniej w Polsce mieszkańcy Wirtembergii i Prus wędrowali w latach 1814-1842 do Besarabii. W latach 1812/31/61 miały miejsce trzy wielkie fale przesiedleń na ziemie Wołyńskie. Większość przesiedleńców pochodziła z południowo zachodnich i południowych Niemiec: Badenii, Wirtembergii, Pflaz, Hesji, Nadrenii oraz Szwabii i Bawarii. Ostatnie kolonie zostały założone przez menonitów w latach 1856/59 w Samarze
Można sobie wyobrazić te wędrówki, które odbywały się przecież w erze, kiedy nie była jeszcze znana kolej, nie było parostatków, ani nie śniło się o samochodach. Istniało kilka utartych szlaków wędrówek: pierwszy z nich wiódł z drogą morską z Lubeki do Petersburga, a następnie lądem, lub Wołgą w głąb Rosji. Osadnicy wędrowali także lądem przez Polskę, Podole na południe. Płynęli Dunajem do Morza Czarnego, aby zasiedlić okolice Besarabii i Kaukaz.
Rozwój kolonii
Tylko w latach 1764-1768 wywędrowało nad Wołgę około 8000 rodzin � 27000 osób, które założyły ponad sto kolonii (66 było wyznania ewangelickiego natomiast 38 katolickiego). Nad Morzem Czarnym w roku 1914 około 246 280 (45%) osób niemieckiego pochodzenia było wyznania ewangelickiego, 195 640 (35,8%) wyznania katolickiego, oraz 104 370 (19,2) menonitów.
System minoratu, w którym głównym spadkobiercą był najmłodszy syn, wobec tego, że rodziny były najczęściej bardzo liczne (w 1818 r. przeciętnie 8 dzieci w rodzinie), prowadził do powstawania licznych nowych „kolonii � córek�. Najpierw w okolicach gdzie istniały „kolonie matki� następnie także w bardzo nawet odległych regionach. Z grupy około 100 tys. imigrantów, którzy osiedlili się w Rosji w drugiej połowie XVIII i pierwszej połowie XX w. po 150 latach powstała, wg spisu ludności z 1914 r. rzesza 1,7 miliona. Niemieccy przesiedleńcy posiadali w imperium rosyjskim (prócz państw nadbałtyckich) 13 386 mil. hektarów ziemi co stanowi obszar większy niż cała była NRD.
W sumie z 304 kolonii pierwotnych powstało 3232 kolonie � córki. W 1940 r. było około 3500 kolonii niemieckich bardzo ściśle podzielonych wg wyznania: 43% ewangelickich, 27% katolickich, 16% baptystów, 8% menonitów, 6% innych.
Życie kolonii niemieckich
Niemieccy emigranci starali się zachowywać swoją tożsamość narodową. Tylko w niewielkim stopniu asymilowali miejscowe tradycje i język, zachowując swoje zwyczaje, wiarę, dialekt, stroje ludowe i sztukę. Podstawą kształtującą tę świadomość była z jednej strony religia, z drugiej natomiast szkoły.
Jednym z motywów emigracji z Niemiec była dla wielu możliwość swobodnego wyznawania swojej religii. Emigranci mieli ambicję posiadania własnej świątyni i składali hojnie ofiary, by szybko ją wybudować. Wśród niskiej zabudowy wiosek wysoko wystrzeliwały w niebo kościelne wieże. Kościelne budowle nawiązywały stylem do historycznych budowli niemieckich. Jak podkreślają znawcy tematu, w każdym kościele były organy, najczęściej sprowadzane z Ludwigsburga w Szwabii, gdzie działała znana firma Walker-Orgel. Bardzo skrupulatnie przestrzegano zasad świętowania niedzieli. Nawet w czasie żniw i omłotów bezwzględnie przerywano prace polowe a niedzielną liturgie wychodziły całe rodziny, pozostawiając najwyżej jedną osobę do pilnowania dobytku. Ponieważ prawo, gwarantując wolność religijną dla przesiedleńców zabraniało jednocześnie jakiejkolwiek pracy misjonarskiej, kościoły katolickie i protestanckie znane były bardzo często pod nazwą: Ťkościół niemieckiť.
Władze carskie zapewniały niemieckim emigrantom przez wiele lat możliwość zakładania własnych szkół i pielęgnowania języka, oraz kultury narodowej. W każdym niemieckim osiedlu była szkoła, w której do 1891 r. głównym językiem nauczania był niemiecki. Obok szkół podstawowych zakładane były tzw. szkoły centralne: gimnazja, szkoły kształcące rzemieślników, kupców, nauczycieli, duchownych. Istniała, co ciekawe, szkoła przygotowująca kościelnych, którzy wobec niedostatecznej liczby duchownych często ich zastępowali prowadząc liturgię.
Niemieccy koloniści mimo trudnych warunków szybko osiągnęli stosunkowo wysoki, zwłaszcza w porównaniu z rodzimą ludnością status materialny. Dzięki swojej pracowitości i gospodarskim umiejętnościom na południowo-ukraińskim czarnoziemie i w regionie nadwołżańskim zbierali obfite plony pszenicy owsa i jęczmienia. W Besarabii, na Kaukazie i Krymie zaczęli uprawiać winorośl. Rozwijali hodowlę bydła. Dzięki ich produktom czarnomorskie porty, przede wszystkim Odessa tętniły życiem stając się bramą przez którą żywność płynęła za granice Rosji.
Relacje wobec państwa i ludności miejscowej
Wraz z rozwojem niemieckich osiedli, wobec ich charakterystycznego separatyzmu wobec ludności miejscowej, zaczęły się pojawiać wobec osadników niemieckich odniesienia mające typowe cechy kompleksu zazdrości i niechęci. Po wojnie Francusko � Pruskiej w 1871 r. zniesiono niektóre przywileje kolonistów. W 1874 r. wprowadzono powszechny obowiązek służby wojskowej. Tylko menonici mogli byli od niego zwalniani, pod warunkiem odbycia Ťsłużby leśnejť.
W czasie pierwszej wojny światowej, w której Rosja i Prusy stanęły po przeciwnych stronach niechęć i wręcz nienawiść do niemieckich osiedleńców osiągnęła szczytowy punkt. W armii carskiej służyło wprawdzie około 300 tys. Ťrosyjskich Niemcówť nie uchroniło to jednak niemieckich mieszkańców Rosji przed restrykcjami. Zabroniono w miejscach publicznych mówić po niemiecku. Zakazano głoszenia kazań w tym języku. Niedozwolone były jakiekolwiek zebrania. 27 maja 1915 r. W Moskwie miał miejsce pogrom ludności niemieckiej � na nas przyzwyczajonych do codziennych doniesień o wypadkach i ludobójstwie trzy osoby, które wtedy zginęły i około czterdziestu rannych, nie robi wielkiego wrażenia. Był to jednak początek nowej, tragicznej dla rosyjskich Niemców ery. W tym samym roku wprowadzono tzw. ŤPrawo likwidacyjneť na mocy którego z terenów nadgranicznych i bliskich frontu wysiedlono w głąb Rosji około 200 tys. osób niemieckiego pochodzenia, głównie z Wołynia. W czasie długiej drogi na Syberię wiele z nich straciło życie.
Wraz z likwidacją przywilejów wobec niemieckich osiedleńców i wzrostem niechęci do nich rozpoczęła się ich emigracja do USA, Kanady, Meksyku, Brazylii, Argentyny, Paragwaju, Urugwaju i innych państw. Trwała ona do lat międzywojennych. Wyjechało w sumie od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy osób.
Budowa społeczeństwa socjalistycznego po rewolucji październikowej zaznaczyła się dla niemieckiej mniejszości rozpoczęciem planowych prześladowań. Akcja kolektywizacji i rozkułaczenia, wprowadzanie Ťsocjalistycznej sprawiedliwościť w podziale dóbr prowadziło w prostej linii do grabieży i zniszczeń. W latach 1921/24 oraz 1932/1933 po raz pierwszy, jak podkreślają historycy, w historii tej grupy ludnościowej miała miejsce klęska głodu. Znacząco zmniejszyła się liczba Niemców: w 1914 r. żyło ich w Rosji 1621 tys., w 1926 było ich 1 238 tys. Przyczyniały się do tego bardzo wydatnie wojna i rewolucja, głód deportacje, aresztowania i prześladowania nieco lepiej wykształconych i zasobnych. Dochodziło do tego, że w rzadko której rodzinie byli mężczyźni.
W okresie międzywojennym tylko na krótko sytuacja uległa pewnej poprawie, kiedy wprowadzano NEP (Nową Ekonomiczną Politykę). Na tej fali w 1924 r. powstała Autonomiczna Republika Radziecka Niemców Nadwołżańskich oraz szereg niemieckich rejonów autonomicznych. Przez pewien czas rozwijały się one w miarę swobodnie. Autonomiczna Republikę Niemców Nadwołżańskich nazywano często „kwitnącym ogrodem Stalina�. Nie mniej po kilku latach względnej swobody rozpoczęły się represje: w latach 1929/1931 zamknięto wszystkie kościoły i zabroniono odprawiania nabożeństw a duchownych uwięziono i deportowano. Wobec mieszkańców rozpoczęto politykę rusyfikacji. Ostatecznie rozwiązano niemieckie regiony autonomiczne w 1939 r. Rozpoczęły się także wysiedlenia. W roku 1936 do Kazachstanu zostało przesiedlonych około 45 tys. Niemców i Polaków z Ukrainy zostali oni poddani jako „trudoposieliency� poddani kontroli NKWD.
II wojna światowa i czasy powojenne
Wybuch wojny Rosji Sowieckiej z Niemcami stał się dla mniejszości niemieckiej śmiertelnym uderzeniem. W krótkim czasie, już w od lipca do sierpnia 1941 r. zostało z Krymu do centralnej Azji wysiedlone 45 tys. osób. 28 sierpnia 1941 r. został opublikowany ukaz o wysiedleniu Niemców z terenów nadwołżańskich. Około 340 tys. osób zostało w nieludzkich warunkach deportowane przede wszystkim na Syberię. W październiku 1941 r. rozpoczęła się deportacja Niemców z Kaukazu a w marcu 1942 r. z Leningradu. W sumie zostało deportowane około 800 tys. osób. Do azjatyckiej części Związku Radzieckiego zostały deportowane przede wszystkim kobiety z dziećmi. Mężczyźni od 15 do 60 r. życia, oraz kobiety bezdzietne zostały wcielone do tzw. „trudarmii� � obozów pracy. Warunki w jakich pracowali i żyli były wielokrotnie opisywane. Głód, ciężka praca, zimno, różnorodne szykany powodowały masowe zgony.
Nie mniej trudna była sytuacja tych, którzy pozostali na terenach zajętych przez armię hitlerowską. Około 350 tys. Niemców pomiędzy Dnieprem i Dniestrem dostało się pod niemieckie i rumuńskie władanie. Po odwrocie wojsk niemieckich pozostawała alternatywa opuścić swoje domostwa i wycofać się wraz z wojskami niemieckimi, lub pozostać narażając się z dużym prawdopodobieństwem na zesłanie na Syberię, lub do Centralnej Azji. Duża większość wybrała pierwszą alternatywę zabierając to co się dało ze swojego dobytku i ciągnąc na zachód. Po wejściu Armii Czerwonej na tereny zajęte wcześniej przez Niemców zostało zesłanych w głąb imperium za zdradę socjalistycznej ojczyzny około 250 tys. Niemców. Zostali poddani surowemu reżimowi: za odwiedzenie sąsiedniej woski bez pozwolenia groziła kara dziesięciu dni aresztu. Za wyjazd za granice okręgu do dwudziestu lat przymusowej pracy. W sumie zginęło w tych warunkach około 300 tys. Niemców.
Po wojnie, aż do odwiedzin Moskwy przez niemieckiego Kanclerza Adenauera panowała absolutna cisz o Niemcach. 13. 12.1955 r. ogłoszono amnestię, zniesiono częściowo ograniczenia dotyczące łączenia rodzin. Powstały od nowa pierwsze niemieckie gazety w Ałtaju i w Moskwie. Częściowo w Kazachstanie udało się przywrócić język niemiecki w nauczaniu dzieci z rodzin niemieckojęzycznych. W 1964 r. doszło do częściowej rehabilitacji „Rosyjskich Niemców� jednak życie w Związku Radzieckim było ustawiczną walką z wynarodowieniem i asymilacją. Trzeba przyznać, że toczona ona była z dobrym skutkiem. Pozostając przymusowo na miejscach wygnania do lat osiemdziesiątych w dużej mierze zachowali jednak swój język i zwyczaje ojczyste.
Emigracja do Niemiec
Początkowo było bardzo trudno uzyskać pozwolenie na wyjazd do Niemiec. Sytuacja zmieniła się w roku 1987, kiedy wprowadzono nowe prawo dotyczące wyjazdów i przyjazdów. Według różnorodnych danych w Niemczech żyje od 2 do 2,5 miliona uchodźców z byłego ZSSR. W tej liczbie znajdują się także Żydzi, którym pozwolono na wyjazd do Niemiec w ramach rekompensaty za wojenny holokaust. Szczyt emigracyjnych wyjazdów Niemców z Kazachstanu miał miejsce w latach 1993 - 95. Z około miliona etnicznych Niemców mieszkających w latach osiemdziesiątych w Kazachstanie wyjechało około 600 tys. Wg danych w ciągu ostatnich dwu lat w 1998 r. wyjechało do Niemiec 44337 osób a w 1999 r. 40396 osób. Według tego samego źródła w mieszka w Kazachstanie ciągle 353,4 tys. Niemców. (47, 3 tys. Polaków).
Sytuacja polityczna i gospodarcza się zmienia. Dzisiaj, kiedy nie mają specjalnego znaczenia polityczne szykany, zasadniczym motywem wyjazdu jest chęć poprawienia sytuacji materialnej. Przypomina to po trochę sytuacje w Polsce w czasie i bezpośrednio po zniesieniu stanu wojennego. Z tym, że w Kazachstanie dochodzi do tego problem narodowościowy. W środowisku kazachskiej większości bardzo trudno jest się przebić w biznesie, piastować jakieś odpowiedzialne stanowisko komuś, kto nie należy do tej nacji, nie mówi w języku kazachskim, nie ma silnego wsparcia swoich „rodstwienników�. Powoduje to frustrację i zniechęcenie zwłaszcza młodych ludzi, którzy nawet po ukończeniu któregoś z tutejszych instytutów nie mają wielkich szans na znalezienie dobrej pracy. Trzeba się wiec liczyć z wyjazdami. W Atyrau w ciągu tych kilku miesięcy przeżyliśmy, nie bez bólu pożegnanie z kilkoma osobami, które przychodziły uczyć się języka niemieckiego.
* Tekst napisany na podstawie czasopisma: Volk auf dem Weg, Deutsche in Rußland und in der GUS 1763-1997, Stuttgart-Moskau 1988.
** Kościół, u którego początku stoi Simone Menno. Około 1559 r. zreformował on w duchu kalwińskim kościół anabaptystów (powstał w 1522 r.).
Catholic Church in the West Kazakhstan – the Apostolic Administration in Atyrau.
The presence of Catholics in Kazakhstan goes back to the mid-20th century, when Germans, Koreans, Poles and Ukrainians were, as a result of political persecution and Soviet nation-building policy, compulsory resettled by the Soviet administration. They and their successors tried to keep together in order to save, in spite of harassment from the communist officials, their national identity and their faith. Establishment of independent Kazakhstan in 1991 considerably stabilized and improved the situation of the Catholic Church in the region, though there is still much to do. Among the believers who stay under spiritual guidance there are also Americans, Canadians, Italians and Philippinos, who are contract workers in Kazakhstan. To bring the Gospel closer to the hearts of members of our congregation, our priests are serving the Holy Mass not only in Russian, but also in English, German and Italian.
The Apostolic Administration in Atyrau was established on 6th August 1999 as the last unit of church administration in Kazakhstan (there are also three dioceses: in Almaty, Astana and Karaganda) and covers an area of roughly 740 000 km2. The Apostolic Administrator is Fr. Janusz Kaleta, supported by 7 more priests, who come mainly from Poland, but also from Belarus’ and Germany. Although there was only one parish at the time of establishment of the Administration, thanks to hard and unrelenting work of the clergy four new parishes were set up. They are:
- The Good Shepherd’s Parish in Aktobe, it was the first parish and was established in the 1950’s and officially registered only in 1983.
- The Transfiguration Christi Parish in Atyrau, established in 1999
- Our Mother of Perpetual Help Parish in Uralsk, established in March 2003
- Divine Mercy Parish in Kulsary, established in Dec. 2003
- Holy Family Parish in Chromtau, officially registered in March 2004.
- Sacred Heard Parish in Aktau, founded 2006, not registered yet.
Moreover, there are three sisters from the Poor Child Jesus in Atyrau, who are taking care of the recently established youth centre.
Although the Administration is covering a vast area, there are barely 2600 Catholics under its jurisdiction. From 2,13 mln. people living in this area 80% claim to be Muslims, although there are also Orthodox Christians. The disastrous devastation of spiritual life – the heirloom of the communism, is a very difficult and troublesome situation. Therefore two neocatechumenal families from Italy and Spain, who live in Aktobe with their children and teachers (altogether 9 people), as well as lay voluntaries, are playing an important role in the evangelical work. The apostolic visit of the former Pope John Paul II to Kazakhstan in 2001 was also of crucial significance.
Considering, that our Catholic community has a few active and aware members, as well as bearing in mind poverty and religious ignorance of large masses of the local society, we are trying to engage in educational and charitable activity. Through these actions we are doing a pre-evangelical work and conveying Christian spirit. These activities are for example:
- Language and computer courses: Aktobe, Atyrau, Uralsk
- Sports – e.g. football club in Aktobe
- Charity: help to the poor and the homeless, e.g. meals for the poor in Aktobe
- Choirs and music teams – Atyrau and Aktobe
- Theater group in Atyrau
In spite of tough working conditions the Apostolic Administration is acting vividly and developing dynamically. Except for the abovementioned establishment of four new parishes, there are currently other important works on the run: building of a church in Uralsk, a thorough refurbishment of a parish house in Kulsary, preparations for building of a chapel and a parish house in Chromtau and Aktobe. One of the biggest problems is the small number of priests. Acquiring new priests would greatly help us to have a better contact with the believers (e.g. making the Kulsary parish independent) as well as creating a new parish in Aktau, at the Caspian Sean. Moreover, we are planning to bring order sisters to Uralsk, which could give a substantial help in pastoral work for the Uralsk priests.