Flora Roor, Historia mojego dzieciństwa
Opracowanie i tłumaczenie tekstu rosyjskiego Natalia Radulska
Duża część katolików w Kazachstanie to tzw. „Niemcy z Powołaża*” Losy ich rodzin pełne są dramatycznych i tragicznych historii. Poniżej przedstawiamy pierwszą część wspomnień Flory Minnich z domu Roor urodzonej w Urbach nad Wołgą a od II wojny światowej zamieszkałej nad Morzem Kaspijskim w Gurjewie – dzisiejszym Atyrau. Do tej miejscowości, z której została wygnana jej rodzina, w czasie II wojny trafili światowej wygnańcy z Polski m.in. ks. prof. Michał Heller wraz z rodzicami i rodziną.
Gehenny prześladowań, deportacji, represji nie da się zapomnieć. Trzeba starać się jednak w duchu chrześcijańskim wybaczać poniesione krzywdy. W imię historycznej prawy trzeba też zachować pamięć o cenie, za jaką starano się budować komunistyczny raj.
Historia dzieciństwa
Nazywam się Flora Pietrowna Roor. Urodziłam się w 1929 r. Dopiero teraz zdecydowałam się napisać o moich ciężkich losach z lat dzieciństwa - do 14 roku życia. Przez cały czas strach i lęk brały górę.
Moi rodzice i cała nasza ogromna rodzina była katolicka. Chrzczeni byliśmy od razu w dniu naszych narodzin. Urodziliśmy się w guberni saratowskiej, powiecie engielskim, nasz majątek ziemski leżał w wiosce Urbach.
Nasza rodzina zajmowała się rolnictwem i żyła stosunkowo dostatnio. Mieliśmy swój ogromny dom złożony z 10, czy też 12 pokoi i bardzo duże gospodarstwo; dużo krów, koni, mnóstwo świń, kaczek, kur i całego inwentarza służącego do uprawy ziemi. Był nawet wielbłąd, którym wożono wodę z rzeki. Ziemi mieliśmy chyba kilkadziesiąt hektarów. Do tego budynki gospodarskie, spichlerze pełne ziarna - każdy plon miał swoje miejsce.
Często wspominała o tym z nostalgią moja siostra Maria Roor. Była ona najstarsza z rodzeństwa, urodzona w 1903 r. Po niej było jeszcze dziesięciu braci, z których ja pamiętam tylko trzech: Antona, urodzonego w 1918 r., Wiktora, ur. 1922 r., Waldemara, ur. w 1925 r. Potem była siostra Wiktoria, ur. w 1927 r. i ja, 13 dziecko - Flora.
W 1930 r. naszą rodzinę pozbawiono całego majątku; odebrano nam wszystko, co odebrać było można. Według słów mamy i starszej siostry Marii otrzymaliśmy nakaz, że powinniśmy się z naszego domu wynieść w ciągu 24 godz.
Ja miałam wtedy rok, Wiktoria 3 lata, Waldemar 5, Wiktor 7, Anton 10 lat. Pozostałych nie pamiętam. Z naszego domu mogliśmy wziąć tylko ubrania i to, co zdołaliśmy unieść w rękach. Mój tata powiedział, że on nigdzie nie wyjedzie. Mówił, że wszystko powinno wrócić do normy i że władza długo się nie utrzyma. Mylił się. Ta władza utrzymywała się i niszczyła ludzi jak tylko mogła.
Dostaliśmy się jakoś do Pietrogradu (Petersburga). Było tam wielu ludzi pozbawionych swoich majątków. Rodzice znaleźli jeden nieduży pokój dla moich 3 braci, mnie z siostrą, dla mamy i taty. Nie mieliśmy żadnych dokumentów. Po kilku dniach tata poszedł szukać pracy. Przyjęli go do jakiegoś gospodarstwa, aby zajmował się krowami. Nie chcieli od niego nawet żadnych dokumentów. Bardzo sumiennie zajmował się swoją pracą. Tak przeżyliśmy w Pietrogradzie pięć lat. Ja już zaczynałam cokolwiek rozumieć. Wieczorami, kiedy tata przychodził z pracy zaczynały się u nas modlitwy. Ludzie otwierali wszystkie drzwi i słuchali. Mój tata znał wiele modlitw, których uczył także nas. Kiedy zasiadaliśmy do stołu, zawsze zaczynaliśmy modlitwą, dopiero potem jedliśmy.
Nie pamiętam dokładnie, w 1934 r. lub 1935 r., ktoś doniósł, że taki bogaty gospodarz żyje w Pietrogradzie. Przyszli do nas w nocy, wszystko wywrócili, wzięli wszystkie książki, szukali czegoś. Znowu kazali nam się wynieść z tego miejsca w ciągu 24 godz. Rodzice byli w ślepej uliczce, nie wiedzieli dokąd się udać. Wzięli swój skromny bagaż i poszli, gdzie oczy poniosą. Ja, jako ta najmłodsza, zawsze siedziałam u ojca na szyi, ponieważ długo szliśmy piechotą - nie było pieniędzy na pociąg. Trochę jechaliśmy przygodnymi środkami transportu i z Bożą pomocą doszliśmy do Astrachania. Na peryferiach znaleźliśmy jakąś szopę, odpoczęliśmy, a rano tata poszedł szukać pracy. Nie znał on dobrze języka rosyjskiego i gdy ludzie dowiadywali się, że jesteśmy Niemcami z Powołża, wszędzie mu odmawiali. Przez kilka dni zupełnie nie mieliśmy co jeść.
Pewnego razu tata rano poszedł w step i zobaczył bardzo dużo susłów. Wrócił, wziął jednego z braci i poszli na nie polować. Przyszli już z oporządzoną zdobyczą. Mama nie mogła ich jeść. Lecz upiekła je dobrze. Mnie dziecku wydawało się, że lepszego mięsa na świecie nie ma. Waldemar poszedł po prośbie do sklepu, dlatego, że mama była głodna. Zobaczyłam, jak jedna pani wyrzuciła 12 zamarzniętych prosiąt. Zabraliśmy je, mama je upiekła i zjedliśmy.
W Astrachaniu nie zatrzymaliśmy się długo. Tato nie mógł bez dokumentów znaleźć pracy. Znów znalazłam się na szyi u taty. Trochę piechotą, trochę pociągiem dostaliśmy się do Aktiubińska, gdzie żyła moja starsza siostra Maria i jej piątka dzieci. Nędzne miała mieszkanie. Długo nie mogliśmy tam przebywać. Na obrzeżach Aktiubińska tato znalazł jakąś pracę na gospodarstwie.
Mama była rosyjskiej krwi, ale wychowanie otrzymała niemieckie, umiała mówić po rosyjsku i uczyła nas. W Aktjubińsku spotkaliśmy nauczycielkę języka rosyjskiego. Ta kobieta powiedziała: „Widzę, że wszystkie wasze dzieci są pracowite. Radzę wam napisać do Kalinina**, on wszechzwiąkowy starosta to dobry człowiek, może pozwolą wam wrócić na rodzinne ziemie”. Mama z tatą naradzali się; on był przekonany, że jeśli wrócą, to z nim będzie koniec. Ale mama namówiła go w końcu.
W 1936 r. mój brat Anton wrócił do Urbach. W 1937 r. napisał tacie i mamie list. Pisał, że od razu wysłali go na kursy dla traktorzystów i został stachanowcem, że dużo zarobił, że nie wie gdzie to wszystko podziać. Miał wtedy ledwie 18 lat. Przyszła też odpowiedź od Kalinina. Napisał nam, żebyśmy wracali do domu. Mówił, że naszego domu nam nie obiecuje, ale dach nad głową tak czy siak będzie. Dostaniemy też po jednej sztuce każdego rodzaju trzody. Tata się zgodził...
Kiedy wróciliśmy okazało się, że nie ma żadnego dachu. Kołchoz nam niczego nie dał. Zamieszkaliśmy u brata taty w dziurawej szopie. Spaliśmy na ziarnie, które zarobił Anton. Wydawało mi się wtedy, że to i tak dużo.
To był 1937 r., wróciliśmy do Urbach pod koniec sierpnia, żeby zdążyć do szkoły. Ja poszłam do pierwszej klasy. Wika poszła do trzeciej, Waldemar też poszedł do trzeciej. Mieliśmy duże zaniedbania.
Kiedy wróciliśmy, mama zawiozła mnie i siostrę zobaczyć nasz dom. Był już nie do poznania; stał się kołchozowym biurem. Mama pokazała gdzie kiedyś był czyj pokój. Maluchy, pamiętam miały duży wspólny pokój, bo była ich dziesiątka. Teraz wszystko to było zapuszczone nie do poznania. Sterczały drewna i deski. Kuchnia letnia cała była zniszczona. Wszystkie budynki gospodarcze były roztrzaskane. Nasz majątek nazywał się teraz „Kołchoz Urbach”.
W 1937 r., w październiku ostatni raz widzieliśmy naszego ojca. Przyprowadzili go do szkoły jak wroga narodu. Bosy, cały pobity, podarty, przy sobie zawsze miał maleńką Biblię. Mówił, że ta książka odejdzie z nim. My, dzieci, chcieliśmy do niego podejść, ale nas konwój odepchnął jak szczenięta i zabrali go. Usłyszeliśmy tylko: „Nie zapominajcie Boga i słuchajcie mamy!”
Panie Boże! Jakimże on był wrogiem, przecież nikogo nie zabił, nikogo nie podpalił. Po co nam mówili, żeby wrócić, że nam dadzą dach nad głową.
Zabrakło taty, więcej nie zobaczyliśmy także brata Antona. Aresztowali go w stepie, zabrali prosto z traktoru, miał ledwie 18 lat.
Mój ojciec był dobrym gospodarzem swojego majątku. Wychowywał z pomocą Bożą 10 synów, 3 córki. Uczył nas od dziecka pracy. Umieliśmy zaprzęgać konie, wdrapywać się na nie jak mrówki. A także galopować bez strachu. Kiedy zabrali tatę, kilka razy chodziliśmy do domu, to jest do kołchozowego biura. Na pytanie, gdzie nasz tata i brat, była jedna odpowiedź: „Nie wiemy.” Urzędnika było ledwo widać zza stołu. Nazywał się Paart...
Były to czasy istnienia Niemieckiej Autonomicznej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej**. Uczyliśmy się po niemiecku, śpiewaliśmy w tym języku. Pamiętam z tego czasu niemieckie pieśni o Ernscie Thälmannie*** o Róży Luksemburg i o wielkim państwie...
Kołchoz nie dał nam dachu nad głową. Żyliśmy gdzie popadło. W 1938 r. zaczęliśmy budować sobie szopę, domem tego nazwać nie można. Zostało nas pięcioro: Wiktor, Waldemar, Wiktoria, mama i ja. Ten rok przeżyliśmy bardzo źle. Zimą nasz dach zawalił się od śniegu, jakoś go załataliśmy. Rąk do roboty nie było, Wiktoria i Waldemar stali przed sklepem i żebrali o kawałek chleba. Niektórzy dawali i trochę pieniędzy.
W ten sposób, w 1939 r. przyszło nam wrócić do siostry Marii, która także straciła męża. Aresztowano go w Aktiubińsku. W 1940 r. moje rodzeństwo zaczęło pracować, o nauce nie myśleli... Mama przyjęła się do pracy w szwalni jako stróż, po zakończeniu pracy zbierała ostatki po krojeniu odzieży. Potem z tych skrawków materiału robiliśmy kołdry.
Przed wojną Wiktorowi dali nieduży kawałek ziemi, zasadziliśmy i zebraliśmy bogaty plon; wyrosły ogromne dynie, arbuzy i ziemniaki. Mama z siostrą zaczęły przygotowywać powidła z arbuzów.
Wybuchła wojna. Wysłali nas na wieś Pietrograłowka 40 km od Aktiubińska. Podjechali z konwojem i rozkazali niczego nie zabierać. Powiedzieli, że wszystko nam dadzą. Ale siostra uparła się i wzięliśmy cały nasz dobytek. Przywieźli nas, 11 osób na saniach i wyrzucili na śnieg. Leśna dziatwa krzyczała „wiozą faszystów”. Dachu nad głową znów nie było. Starsi poszli szukać choćby jakiejś szopy, a my mali staliśmy na śniegu. Jakaś marna szopa się znalazła. Zbili drzwi czymkolwiek się dało, wybili dziurę w miejsce okna, rozpalili ognisko. Oto było nasze mieszkanie. Kołchoz nas nie zauważał, niczego nam nie dał.
Był to 1941 r. Po kilku dniach zabrali Wiktora i Waldemara. Zostały same dzieci siostra i mama. Nie było rąk do pracy. Siedzieliśmy przy kaganku zszywając skrawki materiału przywiezione z Aktjubińska, kto tylko umiał utrzymać igłę w ręku. Z tego mama zrobiła 12 kołder, które zamienialiśmy to na ziarno. Dziewczynki mieliły je na dwóch ogromnych kamieniach. Ja miałam 9 lat, a one mniej niż 8, tak cały dzień póki nie skończyło się ziarno przeznaczone do mielenia. Zamienialiśmy na zboże nasze ubranie, więc do szkoły nie było w czym chodzić. W czym chodziliśmy w tym i spaliśmy. Jak dalej żyć? Siostra dostała się do internatu, a wieczorem coś zawsze przynosiła do jedzenia dla małych dzieci. Karmiła ich i dawała mamie kawałek, a my tylko przełykaliśmy ślinę. Mama swój kawałek rozdzieliła z Wiką a sama zostawała głodna. Nie trwało to długo. Mama zaczęła puchnąć od głodu. Powiedziała wtedy: „musicie iść do Aktiubińska, tam jest więcej sąsiadów, może ktoś do pracy najmie”. Ja miałam 10 a siostra 12 lat. Kto przyjmie takich robotników?
Poszłyśmy zimą przy 40 stopniach mrozu 40 km piechotą, przez okolicę, gdzie było pełno wilków. Szłyśmy modląc się jak kto umiał i tym co znał. Nagle przed nami zatrzymała się furmanka naładowana sianem. Wyszła z niej dziewczyna i pytała: dzieci drogie, kto was w taki mróz posłał? Powiedziałyśmy jej, że mama jest chora, opuchła. Woźnica mnie podniósł do góry. Cała zagrzebałam się w sianie, ale nie mogłam zasnąć. Tak dotarliśmy do sąsiadów. Jednak ich stosunek do nas się zmienił. Była wojna, wszyscy mężczyźni byli na froncie. Dobrze, że nakarmiła nas jedna sąsiadka, mówiąc, że trzeba mnie oddać do domu dziecka. Zostałam tam i odwieźli mnie do miasta Czełkor.
Nie wiedziałam co stało się z moją siostrą. Potem opowiedział o tym Waldemar. Kiedy mnie oddała, wstąpiła do szkoły zawodowej. Z uczniów była najmłodsza. Po rozpoczęciu nauki, odesłali ją do miasta Krasnojarsk, do fabryki, która produkowała miny. Nie wiedziałam również, co z mamą i innymi moimi bliskimi. Nagle przyjechał po mnie Waldemar. Powiedział: „zbieraj się, przyjechałem po ciebie. Mamę przywiozłem już do Guriewa. Wika też powinna przyjechać. Tylko niczego nie bierz cudzego, żeby nas nie szukali”. W pociągu powiedział mi, że uciekł z pracy w „trudarmi”; mówił, że to nie „trudarmia” tylko obóz koncentracyjny.
Dorośli mężczyźni pomogli mu stamtąd się wydostać. Poszedł na dworzec, ale nie wiedział dokąd jechać. Wsiadł do pustego towarowego wagonu. Był tam jeden chłopak, Kazach. Zapoznali się. On jechał do Guriewa. Zaproponował mu, żeby z nim jechał, jeśli chce. Temu chłopcu przedstawił się jako Kirsanow Wladimir Iwanowicz. Nie miał dokumentów.
Tak przyjechaliśmy do mamy. Przy spotkaniu mama poczuła się źle i straciła świadomość. Myśleliśmy, że nie dojdzie do siebie. Ten znajomy chłopak bratu załatwił pracę w piekarni. Za jakiś czas powiadomił, że idzie na front.
My z siostrą zatrudniliśmy się na 3m-czny kurs kasjerów w banku państwowym. Mama chodziła i prosiła o jałmużnę i karmiła nas przez te trzy miesiące - dopóki się uczyliśmy. W 1946 r. nasz Władimir wrócił do nas ranny. Długo leżał w Almaty – w szpitalu. Wkrótce się z nami pożegnał i pojechał do Szymkientu, tam się ożenił. Dochował się czwórki dzieci, dożył 60 lat i umarł. Po jego śmierci jego dzieci zdecydowały się wyjechać do Niemiec. Chciały wrócić do historycznego nazwiska Roor. Coś się jednak nie udało. Przyjęli więc nazwisko swojej matki i wyjechali do Niemiec. Przed odjazdem postarali się o rehabilitację swojego dziadka.
Teraz, kiedy w Kazachstanie zostałam jedna z całej mojej rodziny Roor, chciałabym zwrócić się do władz rosyjskich. Rosja teraz to bogaty kraj, ja przecież też jestem Rosjanką, z saratowskiego województwa, engelskiego powiatu. Urbach to moja ojczyzna, gdzie urodziliśmy się wszyscy - cała trzynastka dzieci. Jestem inwalidką III grupy. Moja renta wynosi 10 200 tenge, a leki są bardzo drogie. Czyżby nasz spadek nie wystarczał na leczenie? Tak, jestem Niemką, ale rosyjskiego pochodzenia. Mój mąż - umarł w 2005 r. Jego życie było podobne jak moje, z pięciu synów zostało dwóch, którzy niedawno umarli, nie wiedząc do końca, gdzie jest pochowany ich ojciec. Urodzili się Obermonjou na Powołżu. Była to bogata rodzina...
Tłumaczenie i opracowanie tekstu rosyjskiego Natalia Radulska
Fotografie
________________________________
* Niemcy nadwołżańscy
Niemcy osiedlali się w Rosji już w średniowieczu. Za czasów Iwana Groźnego (1533-1584) zostali sprowadzeni właśnie z Niemiec specjaliści z różnych dziedzin: budowniczy, architekci, lekarze oficerzy. W Moskwie powstała na przedmieściach niemiecka dzielnica „Niemiecka swoboda” w której w dzieciństwie miał bardzo często przebywać car Piotr Wielki, który po dojściu do władzy obsadził wiele kluczowych stanowisk ludźmi pochodzenia niemieckiego. W tym czasie jednak tylko w dużych miastach: Moskwie, Odessie, Petersburgu żyły większe, zorganizowane grupy Niemców.
Planowa akcja kolonizacyjna rozpoczęła się za panowania carycy Katarzyny II (1762- 1769) i szczególnie intensywnie rozwijała się w czasie panowania jej następców: Pawła I (1796-1801) i Aleksandra I (1801- 1825).
W Rosji istniały olbrzymie, niezamieszkane przestrzenie. Aby zagospodarować te tereny Katarzyna II wydała 22 lipca 1763 r. manifest, w którym zapraszała obcokrajowców do osiedlania się w Rosji. Najważniejsze obietnice tego manifestu zawierały się w następujących punktach:
- Pozwalamy wszystkim obcokrajowcom osiedlać się we wszystkich guberniach.
- Wszystkim przybyłym do naszego państwa pozwalamy na swobodne wyznawanie swojej religii wg zwyczajów kościelnych.
- Wszyscy osiedlający się na stałe będą wolni od zwyczajnych i nadzwyczajnych powinności na rzecz państwa; każdy, kto osiedlił się na terenie niezamieszkałym przez lat 30, inni przez 5-10 lat.
- Wszyscy osiedleńcy nie będą wbrew ich woli zmuszani do służby wojskowej i służb cywilnych.
Wobec kolonistów zastosowano szczególne regulacje w sprawie własności ziemi. Otrzymali ją oni „na wieczne posiadanie”, jednakże nie jako własność prywatną poszczególnych ludzi, lecz dobro należące do całej kolonii (gminy). Nie wolno było tej ziemi sprzedawać i dzielić bez wiedzy i woli władz. Koloniści mogli jednak bez przeszkód rozszerzać swoje dobra poprzez zakupy od prywatnych właścicieli. Obowiązywało prawo minoratu, tzn. dziedzicem był najmłodszy syn. Koloniści byli, w przeciwieństwie do chłopów w Niemczech i rosyjskich chłopów bezpośrednio poddanymi cara.
Główne fale przesiedleńców popłynęły z Hesji w latach 1763-1767 w kierunku regionów nadwołżańskich a następnie w pierwszych latach dziewiętnastego wieku nad Morze Czarne. Z Gdańska i Prus Wschodnich w latach 1789-1804 wyszli liczni menonici, których car Paweł I zwolnił dekretem z 6 września 1800 ze służby wojskowej i cywilnej oraz obowiązku składania przysięgi w sądzie. Osiedleni wcześniej w Polsce mieszkańcy Wirtembergii i Prus wędrowali w latach 1814-1842 do Besarabii. W latach 1812/31/61 miały miejsce trzy wielkie fale przesiedleń na ziemie Wołyńskie. Większość przesiedleńców pochodziła z południowo zachodnich i południowych Niemiec: Badenii, Wirtembergii, Pflaz, Hesji, Nadrenii oraz Szwabii i Bawarii. Ostatnie kolonie zostały założone przez menonitów w latach 1856/59 w Samarze.
Tylko w latach 1764-1768 wywędrowało nad Wołgę około 8000 rodzin - 27000 osób, które założyły ponad sto kolonii (66 było wyznania ewangelickiego natomiast 38 katolickiego). Nad Morzem Czarnym w roku 1914 około 246 280 (45%) osób niemieckiego pochodzenia było wyznania ewangelickiego, 195 640 (35,8%) wyznania katolickiego, oraz 104 370 (19,2) menonitów.
System minoratu, w którym głównym spadkobiercą był najmłodszy syn, wobec tego, że rodziny były najczęściej bardzo liczne (w 1818 r. przeciętnie 8 dzieci w rodzinie), prowadził do powstawania licznych nowych „kolonii „córek”. Najpierw w okolicach gdzie istniały „kolonie matki” następnie także w bardzo nawet odległych regionach. Z grupy około 100 tys. imigrantów, którzy osiedlili się w Rosji w drugiej połowie XVIII i pierwszej połowie XX w. po 150 latach powstała, wg spisu ludności z 1914 r. rzesza 1,7 miliona. Niemieccy przesiedleńcy posiadali w imperium rosyjskim (prócz państw nadbałtyckich) 13 386 mil. hektarów ziemi co stanowi obszar większy niż cała była NRD.
W sumie z 304 kolonii pierwotnych powstało 3232 „kolonie córki”. W 1940 r. było około 3500 kolonii niemieckich bardzo ściśle podzielonych wg wyznania: 43% ewangelickich, 27% katolickich, 16% baptystów, 8% menonitów, 6% innych.
Niemieccy emigranci starali się zachowywać swoją tożsamość narodową. Tylko w niewielkim stopniu asymilowali miejscowe tradycje i język, zachowując swoje zwyczaje, wiarę, dialekt, stroje ludowe i sztukę. Podstawą kształtującą tę świadomość była z jednej strony religia, z drugiej natomiast szkoły.
Jednym z motywów emigracji z Niemiec była dla wielu możliwość swobodnego wyznawania swojej religii. Emigranci mieli ambicję posiadania własnej świątyni i składali hojnie ofiary, by szybko ją wybudować. Wśród niskiej zabudowy wiosek wysoko wystrzeliwały w niebo kościelne wieże. Kościelne budowle nawiązywały stylem do historycznych budowli niemieckich. Bardzo skrupulatnie przestrzegano zasad świętowania niedzieli. Nawet w czasie żniw i omłotów bezwzględnie przerywano prace polowe a niedzielną liturgie wychodziły całe rodziny, pozostawiając najwyżej jedną osobę do pilnowania dobytku. Ponieważ prawo, gwarantując wolność religijną dla przesiedleńców zabraniało jednocześnie jakiejkolwiek pracy misjonarskiej, kościoły katolickie i protestanckie znane były bardzo często pod nazwą: „kościół niemiecki”.
Władze carskie zapewniały niemieckim emigrantom przez wiele lat możliwość zakładania własnych szkół i pielęgnowania języka, oraz kultury narodowej. W każdym niemieckim osiedlu była szkoła, w której do 1891 r. głównym językiem nauczania był niemiecki. Obok szkół podstawowych zakładane były tzw. szkoły centralne: gimnazja, szkoły kształcące rzemieślników, kupców, nauczycieli, duchownych. Istniała, co ciekawe, szkoła przygotowująca kościelnych, którzy wobec niedostatecznej liczby duchownych często ich zastępowali prowadząc liturgię.
Niemieccy koloniści mimo trudnych warunków szybko osiągnęli stosunkowo wysoki, zwłaszcza w porównaniu z rodzimą ludnością status materialny. Dzięki swojej pracowitości i gospodarskim umiejętnościom na południowo-ukraińskim czarnoziemie i w regionie nadwołżańskim zbierali obfite plony pszenicy owsa i jęczmienia. W Besarabii, na Kaukazie i Krymie zaczęli uprawiać winorośl. Rozwijali hodowlę bydła. Dzięki ich produktom czarnomorskie porty, przede wszystkim Odessa tętniły życiem stając się bramą, przez którą żywność płynęła za granice Rosji.
Wraz z rozwojem niemieckich osiedli, wobec ich charakterystycznego separatyzmu wobec ludności miejscowej, zaczęły się pojawiać wobec osadników niemieckich odniesienia mające typowe cechy kompleksu zazdrości i niechęci. Po wojnie Francusko - Pruskiej w 1871 r. zniesiono niektóre przywileje kolonistów. W 1874 r. wprowadzono powszechny obowiązek służby wojskowej. Tylko menonici mogli byli od niego zwalniani, pod warunkiem odbycia „służby leśnej”.
W czasie pierwszej wojny światowej, w której Rosja i Prusy stanęły po przeciwnych stronach niechęć i wręcz nienawiść do niemieckich osiedleńców osiągnęła szczytowy punkt. W armii carskiej służyło wprawdzie około 300 tys. „rosyjskich Niemców” nie uchroniło to jednak niemieckich mieszkańców Rosji przed restrykcjami. Zabroniono w miejscach publicznych mówić po niemiecku. Zakazano głoszenia kazań w tym języku. Niedozwolone były jakiekolwiek zebrania. 27 maja 1915 r. W Moskwie miał miejsce pogrom ludności niemieckiej - na nas przyzwyczajonych do codziennych doniesień o wypadkach i ludobójstwie trzy osoby, które wtedy zginęły i około czterdziestu rannych, nie robi wielkiego wrażenia. Był to jednak początek nowej, tragicznej dla rosyjskich Niemców ery. W tym samym roku wprowadzono tzw. „Prawo likwidacyjne” na mocy którego z terenów nadgranicznych i bliskich frontu wysiedlono w głąb Rosji około 200 tys. osób niemieckiego pochodzenia, głównie z Wołynia. W czasie długiej drogi na Syberię wiele z nich straciło życie.
Wraz z likwidacją przywilejów wobec niemieckich osiedleńców i wzrostem niechęci do nich rozpoczęła się ich emigracja do USA, Kanady, Meksyku, Brazylii, Argentyny, Paragwaju, Urugwaju i innych państw. Trwała ona do lat międzywojennych. Wyjechało w sumie od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy osób.
Budowa społeczeństwa socjalistycznego po rewolucji październikowej zaznaczyła się dla niemieckiej mniejszości rozpoczęciem planowych prześladowań. Akcja kolektywizacji i rozkułaczenia, wprowadzanie „socjalistycznej sprawiedliwości” w podziale dóbr prowadziło w prostej linii do grabieży i zniszczeń. W latach 1921/24 oraz 1932/1933 po raz pierwszy, jak podkreślają historycy, w historii tej grupy ludnościowej miała miejsce klęska głodu. Znacząco zmniejszyła się liczba Niemców: w 1914 r. żyło ich w Rosji 1621 tys., w 1926 było ich 1 238 tys. Przyczyniały się do tego bardzo wydatnie wojna i rewolucja, głód deportacje, aresztowania i prześladowania nieco lepiej wykształconych i zasobnych. Dochodziło do tego, że w rzadko której rodzinie byli mężczyźni.
W okresie międzywojennym tylko na krótko sytuacja uległa pewnej poprawie, kiedy wprowadzano NEP (Nową Ekonomiczną Politykę). Na tej fali w 1924 r. powstała Autonomiczna Republika Radziecka Niemców Nadwołżańskich oraz szereg niemieckich rejonów autonomicznych. Przez pewien czas rozwijały się one w miarę swobodnie. Autonomiczna Republikę Niemców Nadwołżańskich nazywano często „kwitnącym ogrodem Stalina”. Nie mniej po kilku latach względnej swobody rozpoczęły się represje: w latach 1929/1931 zamknięto wszystkie kościoły i zabroniono odprawiania nabożeństw a duchownych uwięziono i deportowano. Wobec mieszkańców rozpoczęto politykę rusyfikacji. Ostatecznie rozwiązano niemieckie regiony autonomiczne w 1939 r. Rozpoczęły się także wysiedlenia. W roku 1936 do Kazachstanu zostało przesiedlonych około 45 tys. Niemców i Polaków z Ukrainy zostali oni poddani jako „trudoposieliency” poddani kontroli NKWD.
Wybuch wojny Rosji Sowieckiej z Niemcami stał się dla mniejszości niemieckiej śmiertelnym uderzeniem. W krótkim czasie, już w od lipca do sierpnia 1941 r. zostało z Krymu do centralnej Azji wysiedlone 45 tys. osób. 28 sierpnia 1941 r. został opublikowany ukaz o wysiedleniu Niemców z terenów nadwołżańskich. Około 340 tys. osób zostało w nieludzkich warunkach deportowane przede wszystkim na Syberię. W październiku 1941 r. rozpoczęła się deportacja Niemców z Kaukazu a w marcu 1942 r. z Leningradu. W sumie zostało deportowane około 800 tys. osób. Do azjatyckiej części Związku Radzieckiego zostały deportowane przede wszystkim kobiety z dziećmi. Mężczyźni od 15 do 60 r. życia, oraz kobiety bezdzietne zostały wcielone do tzw. „trudarmii” „ obozów pracy. Warunki, w jakich pracowali i żyli były wielokrotnie opisywane. Głód, ciężka praca, zimno, różnorodne szykany powodowały masowe zgony.
** Michaił Iwanowicz Kalinin (ros. Михаил Иванович Калинин) (ur. 19 listopada 1875 r., zm. 3 czerwca 1946 r.). Pochodzący z rodziny chłopskiej polityk radziecki, członek partii bolszewików od 1898. W roku 1919 po śmierci Jakowa Swierdłowa został przewodniczącym Ogólnorosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego Rad bolszewickiej Rosji, czyli formalną głową państwa. Pełnił dalej ten urząd po utworzeniu ZSRR, a od roku 1938, czyli od przyjęcia nowej konstytucji, pełnił funkcję Przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Wysunięto go na tak ważny urząd, gdyż był jednym z nielicznych bolszewików pochodzenia chłopskiego. Nazywano go w propagandzie „wszechzwiązkowym starostą”. Jego rola była głównie reprezentacyjna.
Początkowo był przeciwny kolektywizacji, ale w końcu pod presją Stalina ją poparł. Stalin tolerował pewną niezależność w jego wypowiedziach, gdyż uważał go za polityka niezdolnego do intryg a w ostateczności zawsze podtrzymującego linię wodza. Żona Kalinina była aresztowana i więziona w łagrach, skąd zwolniono ją dopiero w latach 40. Kalinin został zwolniony kilka miesięcy przed śmiercią z funkcji głowy państwa z powodu choroby.
Był współodpowiedzialny za wiele masowych zbrodni. Jego podpis, jak i innych członków biura politycznego, widniał na decyzji o zamordowaniu polskich oficerów w Katyniu. Na jego cześć przemianowano miasto Królewiec (Kaliningrad). Również wiele innych miast (Twer) i instytucji dawniej nosiło jego imię.
*** Niemiecka Nadwołżańska Autonomiczna Socjalistyczna Republika Radziecka (niem. Autonome Sozialistische Sowjetrepublik der Wolgadeutschen, ros. Автономная Советская Социалистическая Республика немцев Поволжья). Obwód autonomiczny na terenach Powołża, ze stolicą w nadwołżańskim porcie Engels (do 1931 roku Pokrowsk). Został on utworzony 6 stycznia 1924 roku. Powierzchnia Niemieckiej Nadwołżańskiej ASRR wynosiła ok. 28,2 tys km˛.
Wedle danych z 1897 roku ludność terenu późniejszej Republiki liczyła niemal 1,8 miliona mieszkańców. Na skutek działań rewolucyjnych, emigracji ludności - komunistycznych przesiedleń, jak też głodu, liczba ludności Niemieckiej Nadwołżańskiej ASRR systematycznie spadała do połowy lat 30. W 1939 r. kraj zamieszkiwało 606,5 tys. osób.
Po ataku Niemiec na Związek Radziecki (22 czerwca 1941 r.), Józef Stalin, obawiając się aktów sabotażu ze strony Niemców Nadwołżańskich, wydał „Dekret o wygnaniu” (28 sierpnia 1941 r.), na mocy którego Republika ta została zlikwidowana, a Niemcy nadwołżańscy zesłani do Kazachstanu i na Syberię. W czasie podróży i w pierwszych miesiącach pobytu na zesłaniu zmarło, wg szacunków niemieckich, ok. 30% populacji.
**** Ernst Thälmann (ur. 16 kwietnia 1886 w Hamburgu, zm. 18 sierpnia 1944 w Buchenwaldzie) - polityk niemiecki. Członek Komunistycznej Partii Niemiec (KPD). W 1925 został przewodniczącym Komitetu Centralnego tej organizacji. W latach 1928-1943 był członkiem Komitetu Wykonawczego Międzynarodówki Komunistycznej.
W 1924 został wybrany do Reichstagu. Funkcję posła pełnił do 1933. Dwukrotnie bez powodzenia startował w wyborach prezydenckich w Niemczech. W marcu 1933, po dojściu Hitlera do władzy, został aresztowany, więziony w Sachsenhausen w tzw. Zellenbau (oddział dla więźniów specjalnych) i w 1944 (po zamachu na Hitlera) zamordowany na osobisty rozkaz Hitlera w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.