Jowita Pałka i Justyna Galant o swoim pobycie i pracy w Atyrau

 


W Apostolskiej Administraturze w Atyrau od kilku lat pracują wolontariusze. W 2007 r. po raz pierwszy trafiły do nas dwie wolontariuszki z ruchu „Światło Życie” z Polski, teraz przyszła kolej na następne: Justyna Galant i Jowita Pałka przyjechały do Kazachstanu i od października ubiegłego roku włączyły się czynnie w działalność lokalnego Kościoła.

 

Powiedzcie proszę coś o sobie? Kim jesteście?

 

Justyna Galant - Jesteśmy wolontariuszkami z Polski. Studiujemy razem Teologię Kultury jesteśmy na IV roku na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Obecnie mamy urlop dziekański, właśnie po to żeby móc być tutaj, w Atyrau.

Jowita Pałka - Nasz kierunek studiów, zajmuje się zgłębianiem nie tylko tajemnic wiary i teologią, ale również szeroko pojętą kulturą i miejscem religii, w kulturze a także rolą kultury i sztuki w religii.

JG - Ja ponadto uczę się w Warszawskiej Szkole Reklamy i jestem na specjalizacji strategii reklamy. Poznaję tam bardziej społeczno-psychologiczny wymiar oddziaływania przekazu reklamowego na odbiorcę.

JP - Nasze życie nie ogranicza się do samego studiowania. Ja na przykład zajmuję się w wolnym czasie uczeniem języka angielskiego dzieci.

JG - Ja natomiast, do tej pory miałam przyjemność udzielać korepetycji z matematyki.

 

Skoro przyjechałyście tu, do Kazachstanu, to znaczy, że, przypuszczalnie jesteście również zaangażowane w działalność kościelną.

 

JP - Należymy do ruchu „Światło Życie”, przygotowujemy rekolekcje wielkopostne i adwentowe, a także organizujemy wakacyjne wyjazdy dla dzieci, młodzieży i rodzin.

 

Czy możecie nieco przybliżyć nam, czym jest ten Ruch?

 

JG - Oczywiście, Ruch Światło-Życie, jest to wspólnota, zrzeszająca dzieci, młodzież jak i rodziny. Zajmuje się duszpasterstwem, formacją religijno-moralną. Do naszego charyzmatu należy również życie według światła, które płynie z nauki Chrystusa, z tego właśnie wywodzi się nazwa naszej wspólnoty.

 

JP – Mimo, iż ruch został założony w latach 60 przez sługę bożego ojca Franciszka Blachnickiego, w Polsce, to ideały i charyzmat wspólnoty są ciągle aktualne, a ruch rozwija się nie tylko na terenie naszej ojczyzny, ale również w wielu innych krajach. Można tu wymienić na przykład Niemcy, Czechy, Litwę, czy też odległą Kanadę, Stany Zjednoczone jak również Boliwię.

 

JG - Formacja nasza opiera się na deuterokatechumenacie, czyli powtórnym, w pełni świadomym zgłębianiu, przyjmowaniu i życiu według prawd wiary. Forma pracy z ludźmi jest dostosowana do wieku i potrzeb uczestników. Głównym jednak zadaniem naszego Ruchu jest odnowa liturgiczna w myśl dokumentów II soboru Watykańskiego, wyjaśnianie znaków liturgicznych i aktywne zaangażowanie w współtworzenie liturgii poprzez: przygotowywanie modlitw wiernych, komentarzy i wprowadzeń, posługę ministrancko-lektorską oraz troskę o oprawę muzyczną liturgii.
Bardzo ważnym elementem naszej formacji są rekolekcje wakacyjne, do których przygotowujemy się przez cały rok na cotygodniowych spotkaniach.

 

JP - W Kazachstanie znalazłyśmy się dzięki Ruchowi. Przed kilku laty w diecezji Warszawsko-Praskiej powstała diakonia misyjna. Jest to grupa ludzi, która chce wspierać modlitwą i osobistym zaangażowaniem misje. Opiekunem tej grupy jest ks. Piotr Główka.

 

Czym się tutaj zajmujecie?

 

JG - Zajmujemy się tutaj wieloma rzeczami. Szczerze powiedziawszy większość z nich była dla nas totalnym zaskoczeniem, a jeszcze większym zaskoczeniem jest mnogość łask od Pana Boga i to jak on nas uzdalnia do rozmaitej służby.

JP - Prowadzimy kursy języka angielskiego dla dzieci i dorosłych. Na obecny semestr zapisało się 370 osób, na pierwszym naszym semestrze natomiast było zaledwie 160 osób. Prowadzimy 19 grup po około 15-20 osób, z czego 6 stanowią grupy dziecięce natomiast reszta zajęć przeznaczona jest dla ludzi dorosłych. Prowadzimy kursy dla grup o różnym stopniu zaawansowania, od zaczynających naukę niemal od zera po grupy konwersacji dla studentów filologii angielskiej. Zajęcia są bezpłatne i otwarte dla wszystkich, którzy chcą w nich uczestniczyć. Duża większość naszych uczniów to Kazachowie, którzy uważają się za muzułmanów.

JG - Ponadto prowadzimy jeszcze lekcje języka polskiego dla chcących poznać trochę kulturę i język.

JP - Kursy językowe odbywają się w centrum duszpasterskim, które prowadzone jest przez siostry elżbietanki. W miarę możliwości, po lekcjach staramy się im pomagać w innych zajęciach z dziećmi.

JG - Staramy się czynnie włączać w życie parafii poprzez przygotowanie do druku tekstów niedzielnej i świątecznej liturgii słowa w języku angielskim i włoskim. Uczestniczymy w próbach i śpiewamy w działających w Atyrau chórach: włoskim, angielskim i rosyjskim.

 

JP - Pomagamy w prowadzeniu domu parafialnego, przygotowujemy materiały na stronę internetową Kościoła w Kazachstanie, staramy się być pomocnymi także w pracy biurowej związanej z funkcjonowaniem administratury.

JG - Szczególnie cennym jest dla nas poznawanie parafian i ludzi zaangażowanych w tworzenie żywego kościoła i odkrywanie bogactwa ich wiary, kultury i mądrości życiowej. Odkrywamy łaskę odnajdywania w każdym z nich Chrystusa. Możliwość dzielenia się naszym świadectwem wiary i życia, w to, że Jezus jest, żyje i zmartwychwstaje dla naszego zbawienia, obdarzając nas nieskończenie wielką miłością i dobrem a także łaskami na każdy dzień.

 

Co sprawia Wam osobiście największą radość w posłudze w Kazachstanie?

 

JP: Wiele mamy powodów do radości, do odkrywania, że to Pan Bóg postawił nas tutaj, w Kazachstanie. Chyba największą radość sprawiają nam spotkania z ludźmi. Ich otwartość, wyrozumiałość i życzliwość w stosunku do nas. Zaskoczyła nas ich bezinteresowność, prostota i otwartość serca, to że przychodzące na niedzielną Mszę Świętą babuszki niemal co tydzień przynoszą nam różne przetwory, pyszne ciasta, czy dopiero co ugotowaną zupę. Dzieląc się z nami tym, co mają sprawiają, że możemy się poczuć jak w domu, a one traktują nas jak swoją rodzinę, jak swoje dzieci, wnuków.

JG: Ogromną radość sprawiają nam również spotkania z dziećmi, możliwość uczenia ich angielskiego głównie przez zabawę. Na samym początku, jak tylko przyjechałyśmy i poznawałyśmy otoczenie, to dzieci jako pierwsze wpuściły nas w „swój świat”. Wcale nie przeszkadzał fakt, że prawie nie rozumiałyśmy, co do nas mówiły, ważne było, że chciałyśmy je poznawać. Sprawiało im wielką fraję to, że mogły nas uczyć rosyjskiego, nas z kolei radowało, że traktowały nas jak swoje ciocie, mamy, przytulając się do nas i mówiąc jak bardzo nas lubią.

JP: Również bez naszych ministrantów życie w naszej Administraturze byłoby dużo mniej radosne i urozmaicone. Ich niekończące się zapasy energii i spontaniczność jak również fakt, że możemy patrzeć jak się zmieniają, dojrzewają i odkrywają Kościół są dla nas niezwykle ważne. Codzienność: chodzenie na łyżwy, obserwowanie treningów breakdance’a czy picie herbaty, są dla nas niezwykłą okazją do poznawania tych, którzy w przyszłości będą współtworzyć i animować atyrauską wspólnotę.

JG: Również nowe doświadczenia, wszystkie nowe rzeczy, które udaje nam się zrobić (często pierwszy raz w życiu), sprawiają nam dużo radości, jak współtworzenie stron internetowych, gotowanie dla kilkunastu osób, czy zwykłe przepychanie rur kanalizacyjnych… Wiele jest takich sytuacji, które utwierdzają nas w przekonaniu, że wszystkiego można się nauczyć. Bycie i praca tutaj, jak również świadomość bycia na swoim miejscu i we właściwym czasie, stanowi dla nas pewne wyzwanie, ale jest jednocześnie ogromnie rozwijające dla naszej wiary i osobowości.

 

Z czym macie trudności?

 

JP: Trudności są po to, żeby je przezwyciężać. Jeżeli coś stanowi problem, staramy się go rozwiązać lub wyjaśnić. Pewną trudnością dla mnie osobiści stanowi nie możność wyrażenia w języku rosyjskim tego, co bym chciała, jednak z każdym tygodniem przez osobistą naukę, rozmowy, czytanie, czy oglądanie filmów coraz łatwiej mi przychodzi porozumiewanie się z innymi.

JG: Trudność mogą również stanowić bardzo szybko zmieniające się plany. Praktycznie w ciągu każdego tygodnia zdarza się coś nowego, nieoczekiwanego, a to jakaś awaria, a to ktoś przyjeżdża, albo cos, co trzeba zrobić najlepiej „na wczoraj”. Jednak i to, stanowi pewną szansę i wezwanie do zawierzania każdego dnia Panu Bogu, oddawania Mu naszych planów i akceptacji tego, co otrzymujemy.

JP: Na pewno pewną trudnością w życiu we wspólnocie, w przebywaniu ciągle w tym samym środowisku jest, niemożliwość całkowitego uniezależnienia się i zmiany otoczenia, do czego w pewnym stopniu byłyśmy przyzwyczajone mieszkając w Polsce. Myślę jednak, że każdy człowiek, który wyjeżdża do innego kraju i poznaje na początku tylko małą grupkę osób, boryka się z takimi trudnościami. Takie przebywanie ze sobą stanowi pewną szansę do poznania siebie dużo głębiej i bardziej niż tylko mając możliwość widzieć siebie przez chwilę. Wierze również, że nie jest przypadkiem, że zarówno my, jak i siostry i księża mogliśmy się poznać i żyć razem tu, w Atyrau.

JG: Te trudności jakie mamy nie stanowią jakie problemu uniemożliwiającego nam normalne funkcjonowanie. Staramy się je zwalczać i nie stwarzać problemów tam, gdzie ich nie ma. A bez względu na to czy żyjemy tu, czy w Polsce takie czy inne trudności by się pojawiały, z tym, że tutaj bardziej czuje się opiekę Pana Boga, bo są rzeczy, które by nas na pewno przerosły, a tutaj nie mamy wątpliwości że to On je rozwiązuje.

 

Co Was konkretnie zaskoczyło?

 

JP: Jest cała masa rzeczy, które nas zaskoczyły. Począwszy od pogody, jaką zastałyśmy po przyjeździe, gdy w październiku było jeszcze ciepło, podczas, gdy w Polsce zaczynała się już zima, po wielbłądy spacerujące sobie wolno po stepie zasypanym śniegiem.

JG: Bardzo ważne jest jednak, że większość rzeczy zaskakiwała nas bardzo pozytywnie. Przyjęcie przez ludzi tutaj, pierwsze prowadzone przez nas lekcje angielskiego, ilość chętnych na kursy. Szczególnie miłym zaskoczeniem była otwartość naszych parafian, to, że nikt nie przejmował się tym, że możemy czegoś nie umieć czy nie rozumieć, po prostu z nami rozmawiali tłumaczyli i za każdym razem witali nas uśmiechem, zawsze gotowi na spotkanie, czy wspólne picie herbaty.

JP: Bardzo ciekawym i zaskakującym doświadczeniem jest też różnorodność nacji i narodowości w Atyrau, spowodowana wieloma przyjezdnymi pracownikami firm naftowych, które maja swoje siedziby w naszym mieście. Każdy człowiek jest inny, inaczej wygląda, ma inne przyzwyczajenia, posługuje się innym językiem, nie przeszkadza to jednak temu, byśmy wspólnie tworzyli wspólnotę Kościoła.

 

Jakie są waszym zdaniem perspektywy Kościoła w tym kraju?

 

JP: Kościół w zachodnim Kazachstanie jest młody, dopiero zaczyna się rozwijać. Miałyśmy możliwość rozmawiania z ludźmi żyjącymi na co dzień w Astanie, czy też czytania artykułów o Kościele w różnych częściach Kazachstanu i wydaję nam się że to dwa różne światy.

Tutaj potrzeba jest informowania ludzi o istnieniu Kościoła Katolickiego, podczas gdy na północy i zachodzie Kazachstanu już od dłuższego czasu funkcjonują parafie i różnorodne ruchy religijne.

JG: Moim zdaniem główną drogą informowania i przyprowadzania ludzi do kościoła jak na razie jest jego działalność bardziej społeczna. Myślę, że jest to etap preewangelizacyji, który jest bardzo cenny i ważny. Ważne jest również wykształcenie liderów kościoła lokalnego, bo na dziś dzień, kościół opiera się na misjonarzach, dużo cenniejsze jest jednak świadectwo nie ludzi przyjezdnych, ale tych, którzy znani wśród tutejszych mieszkańców uwierzyli w Chrystusa i poszli za Nim.

 JP: Niezwykłym świadectwem pod tym względem są nasze babuszki, które mimo tak ogromnych trudności przechowały wiarę aż po dzień dzisiejszy i są zaangażowane w życie naszej parafii. Z pewnością jednak potrzeba też ludzi młodych, chcących się zaangażować, rozwijać się i dawać też coś z siebie innym.

 

Czy, Waszym zdaniem potrzebni są następni wolontariusze?

 

JP: Myślę, że tak. Ważne jest, żeby ludzie tutaj nie tylko widzieli, siostry zakonne i księży, którzy przyjeżdżają pomagać, ale też ludzi świeckich. Ważne jest, żeby pokazać, że można być osobą świecką, i mimo normalnej pracy (na przykład jako nauczyciel) można przychodzić do Kościoła, żyć wiarą i angażować się w różne posługi.

JG: Ważne jest też, aby dać ludziom szansę poznania kościoła, burzenia mitów z nim związanych przez poznawanie ludzi żyjących w kościele. Tych, którzy nie tylko ewangelizują słowem, ale przede wszystkim swoim życiem. Tutaj widzimy niezwykle istotną rolę świetlic istniejących przy kościołach, które często spełniają rolę lokalnych domów kultury. W takich właśnie miejscach widzimy pole do zaangażowania się naszych wolontariuszy, poprzez prowadzenie kursów językowych, nauki obsługi komputera, czy prowadzenia zajęć dla dzieci.

 

Jacy to powinni być ludzie, na co i jak powinni się przygotować?

 

JG: Z perspektywy czasu widzimy, że przyszli wolontariusze powinni być przygotowani pod względem językowym, aby móc się porozumieć zarówno w języku rosyjskim jak i angielskim. Powinni też nie bać się pracy, wyzwań i całkowicie nowych rzeczy, które przyjdzie im robić. Otwartość na nowe rzeczy z pewnością zaoszczędzi stresu, bo w Kazachstanie z pewnością zdarzy się masa rzeczy, z którymi nie mieli wcześniej do czynienia, ale będzie to również ogromna szansa do rozwoju i przełamywania samego siebie.

JP: Ważne są też mocne fundamenty duchowe i przygotowanie, nie tylko bezpośrednio przed przyjazdem tutaj. Widzimy u siebie, jak dużo dała nam formacja i przygotowanie modlitewne w Ruchu Światło-Życie. Właściwie wszystko, z czego tu korzystamy wyniosłyśmy z Ruchu, nauczyłyśmy się poprzez naszych animatorów i przewodników duchowych, otrzymałyśmy poprzez różnorakie dzielenia się doświadczeniami z innymi członkami. Bardzo ważnym czasem tutaj jest czas Eucharystii, spotkania przy tym najważniejszym stole. Żeby jednak przeżyć to dobrze, źródło i szczyt naszej wiary trzeba być do tego przygotowanym poprzez modlitwę, na którą samemu należy sobie znaleźć czas, a często w ogromie zająć jest to trudne. A tego właśnie uczyłyśmy się w Ruchu i na to była zwracana nasza uwaga, również jakieś podstawy duchowości chrześcijańskiej i przywiązania do Pana Boga, nawet jak jest ciężko i jak modlitwa jest ostatnią rzeczą, na jaką ma się ochotę, to musi ona znaleźć miejsce w naszym planie dnia.

 

Jak wygląda wasz zwyczajny dzień w Atyrau?

 

Chyba nie ma zwyczajnych dni w Atyrau, każdy dzień jest nadzwyczajny. Każdego dnia wydarza się coś, co przerasta nasze plany lub oczekiwania, nie mniej jednak staramy się zachować pozory stabilizacji i rytmu dziennego.

Stałymi punktami naszego dnia są: Jutrznia, Eucharystia, różaniec i posiłki. Codziennie też uczymy angielskiego, ale już godziny i ilość lekcji zmieniają się w zależności od dnia tygodnia.

Trochę również gotujemy, wspólnie ze wszystkimi domownikami przygotowujemy śniadania i kolacje, a około 3 razy w tygodniu gotujemy obiady.

Oprócz stałych punktów, które stanowią fundament dnia pojawiają się również pewne urozmaicenia, czyli na przykład: ktoś przyjeżdża niespodziewanie, albo przychodzi i potrzebuje porozmawiać, albo coś należy zrobić na stronie internetowej, albo gdzieś iść albo przygotować jakieś spotkanie. To właśnie w zależności od czasu i potrzeb staramy się realizować. Nauczyłyśmy się już całkiem dobrze odnajdywać się w nowych, często nieoczekiwanych i zaskakujących wydarzeniach.

Realizujemy bardzo modne we współczesnym świecie podejście do pracy; bycia dyspozycyjnym i pomocnym, a także szybko uczymy się nowych rzeczy i nie boimy się wyzwań.

 

Dlaczego przyjechałyście do Kazachstanu?

 

Głównym powodem naszego przyjazdu tutaj był Pan Bóg, który często działa incognito pod pseudonimem „przypadek”.

Studiujemy razem, jesteśmy w Ruchu Światło-Życie, w prawdzie w różnych parafiach, ale ciągle miałyśmy ze sobą jakiś kontakt i tak nieopatrznie kiedyś miałyśmy okazję porozmawiać sobie o wolontariuszkach, które w czasie naszej rozmowy pracowały właśnie w Kazachstanie a też są naszymi znajomymi. Tak zaświtała nam jakoś totalnie surrealistyczna myśl, że w sumie tu właśnie można wyjechać na misje i jest nawet taka potrzeba. Nasi przyjaciele też jakby się umówili, ciągle coś wspominali o misjach. A jak już zupełnie świadomie i celowo zapytało się Pana Boga, co On o tym sądzi, to zewsząd potwierdzało się, że to właśnie jest ta droga.

Z pisaniem CV do księdza biskupa i wysyłaniem maili nie było większych problemów, uczelnia też nie bardzo robiła kłopoty, by przerwać naukę na rok, więc jak już podjęłyśmy decyzję i wszystko szło tak idealnie to już nie było odwrotu.

Najtrudniejsze jednak było przekonywanie rodzin o tym, że ta decyzja nie jest jednak marnowaniem roku i wyjeżdżaniem strasznie daleko i zupełnie bez sensu.

Teraz, z perspektywy czasu i wszystkich innych działań tutaj widzimy jednak, że sens był i jest i ciągle Pan Bóg nas w tym prowadzi, w sobie wiadomym kierunku, do sobie wiadomych ludzi.